...

...
M.

środa, 6 kwietnia 2016

Prymitywny ;]

1. Łóżko

Dawniej:

Materac z włókna kokosowego z powłoką antyalergiczną i pięcioma tysiącami oddychających warstw, potem rozkładana kanapa. Jedna z droższych, żeby łóżko było ładne, pasujące do wnętrza pokoju, odpowiednio twarde, wygodne.
Nowe - kurzu i roztoczy brak.
Pościel - tylko markowa/z dobrej jakości bawełny/mikrofibry/satyny. Ładna. Droga. Pasująca do wnętrza pokoju. Stonowana/ czarno - biała/ kolorowa/ z motywem odpowiednim do nastroju lub aktualnych zainteresowań/ szara. Ciesząca oko. Delikatna. Gładka. Miękka. Przyjemna w dotyku. Delikatna. Czysta. Wyprana. Wypłukana.Wywietrzona.
Prześcieradło - bawełniane, miękkie, gładkie. Z gumką, żeby nic się nie mierzwiło, nie drapało, nie gryzło, nie zwijało się, nie naciągało.
Kocyk - a właściwie cztery kocyki o różnych stopniach miękkości, grubości i delikatności. Do nakrycia, położenia pod głowę, na stopy.
Piżama - markowa, przewiewna, dopasowana, czysta, świeża, pachnąca, w odpowiednich kolorach.
Skarpetki - zawsze i wszędzie. Bawełniane. Pielęgnujące stopy. Lekkie.
Poduszka - albo raczej poduszki - duża i dwanaście (...) małych, artystycznie porozwalanych po całym łóżku w pięknej estetycznej kompozycji zwanej ładnie: "nieładem"/ewentualnie robiących za barykadę chroniącą przed zimną ścianą/ułożonych na parapecie, żeby wiatr nie wdzierał się do pokoju.
Sypialnia - wywietrzona, sterylnie czysta, z zapachem Pronta i naturalnego, odpowiadającego mojemu wymagającemu nosowi zapachowi (mięty/białej albo zielonej herbaty/ innego zielonego badziewia).
Wkoło - porządek, ale bez przesady.
Obok - szklanka ze świeżą wodą, chustecznik, telefon, książka (zmieniana maksymalnie co trzy dni).
Wielkość - podwójne, prawie jak małżeńskie.
Twardość - idealna.
Ilość użytkowników - 1.
Pozycje przyjmowane podczas snu - jak najbardziej wydziwione, od leżenia na brzuchu ze zgiętymi nogami skierowanymi ku górze i rękami wzdłuż ciała, przez zwijanie się w precel po rozciąganie jak anakonda.
Światło: naturalne, okno bez zasłon, firanek, pierdół.
Temperatura: chłodna, rześka, sprzyjająca zdrowemu snu.
Długość snu: 7-9 godzin.
Budzenie - zgodnie z potrzebami organizmu, na ogół bez budzika.
Sny - cała masa. Nie do policzenia. Co noc kilka/kilkanaście.
Problemy z zaśnięciem - mnóstwo. Od kręcenia się w pościeli, po nocne spacery do łazienki, zmiany pozycji leżenia co minutę, wybudzanie etc.
Średni czas zasypiania - do godziny albo dłużej.
Pobudki w środku nocy i nad ranem - bardzo częste.
Gadanie przez sen -  o tak, bardzo często.
Chrapanie - nie.
Ślinienie się - brak.
Poziom wysypiania się - zadowalający. Promieniste spojrzenie, dobry humor, zdrowy wygląd. Energia. Zapał. Dobre samopoczucie.
(Plus w razie tak zwanego "w" - możliwość odespania w ciągu dnia nieprzespanych nocek w wygodnym fotelu).

Dziś:
Stary tapczan (nie mam sił po nim skakać, żeby zobaczyć, ile kurzu jestem w stanie z niego wydusić podczas żywiołowych ruchów i nie mam licznika, mierzącego ilość roztoczy).
Łóżko - opis ogólny:
Małe, wąskie, twarde.
Jęczy przy rozkładaniu.
Ilość użytkowników - niezliczona. Tzn. przede mną ;P. Obecnie: 1.
Pościel - biała. Często zmieniana. Nie wietrzona. Sztywna. Szorstka. Czysta, jeśli nie licząc starych plam nie do usunięcia (etiologia nieznana).
Prześcieradło - za duże. Za szorstkie. Bez funkcji zapobiegania zwijaniu. Muszę mówić, że białe...?
Piżama - na ogół najgrubsza i najcieplejsza (patrz: temperatura).
Skarpetki - brak. Stopy po całym dniu chodzenia w ciężkich buciorach błagają o litość.
Koc - jeden bardzo miękki. Ciepły, gruby. W lamparcie cętki ^^ (nie lubię lamparcich cętek ;>).
Idealny do zawinięcia się w kokon i udawania larwy - biorąc pod uwagę wycieńczenie i panujący w życiu chaos to całkiem przyzwoite określenie.
Światło - eee...?
Temperatura: zimno mimo sprawnego kaloryfera (Najbardziej prawdopodobna diagnoza to wychłodzenie organizmu spowodowane wysiłkiem, małą ilością snu i stresem).
Pozycje: jak padnę tak się budzę. Brak możliwości zarejestrowania częstotliwości zmian pozycji, brak miejsca na ulubione pozycje, brak sił, żeby kręcić się po łóżku jak bąk.
Gadanie przez sen: nie wiem, bo współlokatorka śpi snem jeszcze bardziej kamiennym niż ja.
Lunatykowanie: haha, a czy ja wygrałam nogi na loterii, żeby jeszcze w nocy łazić?
Chrapanie: raz.
Ślinienie się: tylko na wspomnienie tych poduszek... Kocyków... Książek... Wolnego czasu...
Ilość czasu w nim spędzonego - ok. 9 godzin.
W tym:
Ilość czasu spędzonego na ślęczeniu nad notatkami: 5 godzin.
Ilość snu: 4-5 godzin.
Problemy z zaśnięciem: Niet. Chyba że z pobudzenia albo zmęczenia. Czyli całkiem często, ale...
Czas zasypiania: odlot następuje tak szybko, że ciężko zarejestrować fakt, że odpływa się w niebyt.
Ilość nocnych pobudek: 0 (* pomijając codzienny, rytualny wręcz spacer do łazienki po ciemku - już w pierwszym tygodniu poczułam się na tyle domowo, że zaczęłam poruszać się w trybie półlunatycznym)
Ilość snów: 2 przez 4 tygodnie.


2. Prysznic

Dawniej:

Tylko do mojego użytku, przez co był trochę zapuszczony, bo ja jak to ja - roztrzepana, zakręcona, nieogarnięta ("Prysznic ma być niezatkany przez włosy i bez pająków. Błyszczeć jak brokatowa bombka nie musi...")
Kosmetyki - cała masa.
Cztery do pięciu żeli pod prysznic - orzeźwiające/Nivea/ sezonowe (korzenne/wiosenne/inne).
Mydło.
Maszynki do golenia.
Płyny, żele.
Trzy szampony.
Dwie odżywki.
Balsam pod prysznic.
Częstotliwość - prysznic brany od 2 do 4 razy na dobę. Zawsze rano i wieczorem, po siłowni albo w ciągu dnia - w zależności od potrzeb.
Opis procesu:
Celebracja już w momencie przekroczenia progu łazienki.
Subtelne zsuwanie z siebie ubrań i kładzenie ich na komodę (dot. tych nowszych łamane przez droższych części garderoby) lub nieco mniej subtelne rzucanie łachów na podłogę.
Przegląd w lustrze.
Rozplatanie włosów.
Czesanie ich szczotką.
I szczotką z włosia (dwukrotnie).
Puszczanie wody, żeby zagrzać brodzik.
Wchodzenie pod prysznic.
Polewanie się ciepłą wodą.
Gorącą wodą.
Chłodną wodą.
Mydło.
Spłukiwanie mydła.
Żel nr 1 - mydlenie, napawanie się zapachem, gładkością, kremowością, delikatnością.
Spłukiwanie żelu.
Gorąca woda.
Ciepła woda.
Szampon. Wcieranie we włosy. Masaż cebulek. Wdychanie zapachu. Masaż głowy.
Spłukiwanie.
Drugi raz szampon. Jak wyżej.
Spłukiwanie letnią wodą.
Orzeźwiająca odżywka na włosy.
Spłukiwanie zimną wodą.
Odżywka na końcówki.
Spłukiwanie wodą.
Żel pod prysznic nr 2 - jak wyżej.
Spłukiwanie - gorąca woda naprzemiennie z chłodną.
Balsam pod prysznic.
Spłukiwanie.
Stanie pod strumieniem wody i wpatrywanie w płytki.
Czytanie składu pierwszego żelu pod prysznic.
I drugiego też.
Rozkoszowanie się ciepłą wodą. Gorącą wodą. Ciszą. Spokojem. Zapachem. Relaksem.
Słuchanie krzyków siostry pt: "Znowu wychlapałaś całą ciepłą wodę?!?!".
Rozważanie za i przeciw wyjścia spod prysznica.
Koniec ciepłej wody pomagający w podjęciu decyzji.
Otrząśnięcie się z wody.
Owinięcie w ręcznik.
Paradowanie po domu w turbanie i w ręczniku owiniętym wkoło ciała.
Balsamowanie ciała.
Suszenie włosów.


Dziś:
PRYSZNIC MA LŚNIĆ.
Brokatowa bombka mogłaby się przy nim nabawić kompleksów ;).
Faza 1:
Desperacja.
- Mogę ja, mogę ja pod prysznic...?
Faza druga:
Wpadnięcie do łazienki.
Opis procesu:
Zrzucenie z siebie munduru, który opada ciężko na płytki.
Pozbawianie się bielizny z prędkością światła i rozrzucanie jej gdzie popadnie.
Faza trzecia:
Wchodzenie pod prysznic.
Polewanie się wodą.
Żel.
Szampon.
Spłukiwanie.
Trzy minuty oddechu.
Faza czwarta:
Wychodzenie.
Ręcznik.
Energiczne wycieranie.
Energiczne ubieranie.
Energiczne suszenie głowy.
Faza piąta:
Ubieranie munduru, bo apel.


3. Posiłki


Dawniej:
Marudzenie przy wyborze arsenału warzyw i owoców.
Odpowiednio ładne naczynia. Sztućce, które lubię. Kubki, z których piję ja, ja i tylko ja, bo są moje, bo je lubię, bo mi z nich smakuje.
Miejsce: przy wyspie w kuchni.
Pozycja: na siedząco.
Czas: ile potrzeba.
Taktyka: Mieszanie w talerzu. Powolne przeżuwanie. Dokładne gryzienie. Smakowanie na języku.
Jedzenie: samo ulubione. Dobrej jakości. Świeże. Dobrze doprawione. Smaczne. Zdrowe. Naturalne. Wegańskie.
Dieta: oparta na lekkich warzywnych zupach, sałatach z oliwą, gotowanych na parze warzywach, robionych na świeżo smoothie.


Teraz:
Jedzenie jak leci, byle by było względnie bez nabiału.
Na talerzu albo i bez niego. Za pomocą sztućców, a czasami palcami.
Talerze: jak znajdę.
Miejsce: przy stoliku.
Czas: SZYBKO, SZYBKO, NIE MAMY CZASU!!!
Taktyka: Omm, ommm, ommmm... (napychanie policzków jak chomik, żeby szybko zjeść i jeszcze zmagazynować na zapas).
Jedzenie: w granicach normy - sałatki, ciemne pieczywo, płatki z mlekiem sojowym, plus - dużo bakalii, gorzkiej czekolady, wegańskich batonów i musów owocowych dla dzieci.


PS Obecnie znajduję się w stanie, który wyklucza istnienie świata zewnętrznego.
Nie interesuje mnie nic, co nie jest obowiązkiem, rozkazem lub prymitywną potrzebą.
A prymitywne potrzeby są tym, co mnie napędza.
Bo dziś w codziennym biegu, szybkim wstawaniu, rutynie i podporządkowaniu się liczy się tylko jedno.
Łóżko.
Prysznic.
I żarcie ;).





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz