...

...
M.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Syndrom opadających powiek ;]

Zaczyna się w miarę subtelnie i łagodnie.
Powolne mruganie. Delikatne, prawie niezauważalne.
Powieki zaczynają lekko ciążyć, ale jak zacznie się odpowiednio szybciej mrugać – można bez problemu z nimi wygrać.
Na chwilę.
Potem – nie wiadomo skąd i dlaczego - powieki robią się coraz cięższe.
Można wtedy spróbować skupić na czymś wzrok i udać, że nie czuje się tego lekkiego uczucia lepkości, sprawiającej wrażenie, że ktoś wlał nam jakiejś kleistej substancji do oczu.
Na ogół się to jednak nie sprawdza.
Mruganie znów nabiera tempa i zaczyna się prawie że kokieteryjny trzepot rzęs.
Kiedy trzepot rzęs przyśpiesza, dołącza do niego uczucie nieznacznego mrowienia. Ot, takie minimalne. Jakby ktoś naprószył nam odrobinę drobnego piasku pod powieki.
Po chwili wachlowanie rzęs wzmaga się, a zamiast prószenia mamy wrażenie, że ktoś wsypuje nam do oczu piasek niczym złośliwe dziecko w piaskownicy.
Zaczyna się seria wdechów i wydechów, rozglądanie wkoło jakby to miało ustrzec przed sennością i potrząsanie głową jak narowisty koń.
Robi się to chyba tylko po to, żeby rzęsy zaczęły trzepotać się już jak mały koliber.
Piasku robi się nagle tyle, że mamy wrażenie, że wjechała tam cała piaskarka.
I wtedy powieki zaczynają opadać.
I nie jest to już ani łagodne ani powolne ani subtelne.
Po prostu powieki zaczynają zjeżdżać na sam dół gałki ocznej, zasklepiając się na niej jak plomba na puszce.
Początkowo łatwo można je otworzyć.
Jednym nerwowym ruchem.
Robi się to bardzo szybko z nerwowo z gwałtownym szarpnięciem głowy i nagłą myślą: "O, Boże! Przysnęło mi się?!".
Dzięki temu przez chwilę udaje się powstrzymać powieki na swoim miejscu.
Przez chwilę nawet udaje się zachować czujność.
Przez chwilę.
Bo potem znów zaczyna się mruganie... Trzepot... Piasek...
I wtedy powieki znów samoistnie opadają.
Walka jest bardzo nierówna, bo praktycznie nie ma na nią żadnego sposobu.
Mruganie nie pomaga.
Szerokie otwieranie oczu też nie.
Podpieranie powiek palcami - niet.
Może pomogłoby wlanie do nich pół litra wody, ale skąd nagle wziąć pół litra wody?
Trzepocze się więc rzęsami dalej i próbuje się utrzymać głowę w pionie.
A utrzymanie jej we właściwej pozycji wcale nie jest takie proste...
Powieki opadają nie powoli i spokojnie.
One zjeżdżają z ciężkością drzwi garażowych, nie pozwalając na jakąkolwiek obronę.
Oczy nie pieką, nie bolą, nie swędzą.
One się po prostu zamykają.
Głowa leci.
Nie w kosmos, ani nie na Hawaje.
Spada bezwładnie ciągnięta siłą ciążenia.
Albo raczej - zmęczenia...

Dużo się wtedy ziewa.
Ziewa się mocno i głęboko. Na całą rozpiętość szczęki.
Trze się oczy pięściami i kombinuje, co można by było wsadzić pod powieki albo co można by było zrobić, żeby zachować je w pożądanym miejscu.
Przykleić na czole taśmą?
Zszyć zszywaczem?
Przyczepić żabkami jak firankę?
Próbuje się skupić wzrok na jednym punkcie, ale to szybko nuży i rzęsy znów zaczynają swój trzepot.
Próbuje się szybko mrugać, ale z każdym mrugnięciem ma się uczucie, że próbuje się odkleić gumę do żucia od podeszwy buta.
Próbuje się myśleć o czymś miłym, szukać jakiegoś pobudzenia, motywacji, żeby nie zasypiać, ale powieki i tak opadają, a wszelkie próby opanowania ich kończą się fiaskiem.
Jak głowa opadnie nam na pierś, można się na chwilę otrząsnąć i obudzić.
Przynajmniej na tyle, żeby żywcem nie zasnąć.
Potem tę czynność należy powtórzyć stukrotnie, żeby wytrwać do końca zajęć.
Po zajęciach można iść spać.
Tylko, że wtedy na ogół spać już się odechciewa...

                                                                            ***

Od prawie miesiąca cierpię na syndrom opadających powiek.
Mam wrażenie, że zainstalowałam sobie na oczach rolety z funkcją szybkiego opadania.
Niestety działają one w najmniej oczekiwanym i najmniej pożądanym momencie.
Oczy mi się kleją, powieki lecą na łeb na szyję.
Walczę, mrugam i trzepoczę, ale średnio mi to wychodzi.
Chcąc wygrać ze zmęczeniem pobudzam się działaniem, ale przeważnie jestem potem tak zmęczona swoją nadpobudliwością, że mam problemy z uspokojeniem się.
Uspokajam się jak się rozładuję, więc żeby to zrobić najczęściej droczę się z chłopakami, strzelam oczkami gniewno - niespokojne błyski, buszuję po pokoju jak nakręcona zabawka i gadam wyrzucając z siebie słowa jakbym je katapultowała z ust, żeby wyzbyć się nadmiaru energii i niezdrowego podekscytowania.
Nabuzowana wskakuję pod prysznic, a potem równie nabuzowana wskakuję pod kołdrę.
Wzbudzam ogólną radość u wszystkich, którzy mają okazję zaobserwować jak żywiołowo rzucam się po łóżku, szukając odpowiedniej pozycji.
Zasypiam dopiero wtedy jak się wyciszę, a co nie jest ani łatwe ani szybkie, ale zabijcie mnie - nie wiem co opada mi pierwsze; nabuzowanie, powieki czy głowa ;].




PS Przez ostatnie kilka dni kładę się spać godzinę szybciej i zdarza mi się kimnąć w ciągu dnia. Z moich obserwacji wynika, iż długość snu rzeczywiście wpływa na ogólną kondycję, samopoczucie i poziom zadowolenia. Jednak zdecydowanie lepiej jest spać sześć niż cztery godziny na dobę... ;]

PPS Równocześnie dzięki temu, że jestem bardziej wyspana - mogę obserwować osobników przytępionych niedoborem snu, przysypiających na zajęciach. Pozdrawiam więc wszystkich niedospanych, zwłaszcza tych, których rozpaczliwy trzepot rzęs mogę oglądać z boku, ciesząc się trzeźwością umysłu i lekkością powiek ^^.





                                               

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz