...

...
M.

sobota, 23 kwietnia 2016

Zepsucie hard level ;]

Zaczęło się w pierwszy weekend, kiedy wróciłam do domu.
- Uhh, nie mogę się doczekać jak wejdę pod prysznic! - wyjęczałam już od progu.
- Nie weźmiesz prysznica. Zasłonka jest w praniu - moja mama zrobiła przepraszającą minę.
- Jak to zasłonka jest w praniu? - osłupiałam, jakby fakt prania zasłonki był równie zaskakujący co śnieg w lipcu.
- Oj normalnie. Wyprałam ją i jeszcze nie wyschła - moja rodzicielka wzruszyła ramionami.
- To ja wracam z koszar zmęczona i niewyspana z prymitywnym marzeniem, żeby iść pod prysznic i tak długo stać pod orzeźwiającym strumieniem wody aż mi wyrosną błony między palcami, a Ty mi mówisz, że wyprałaś zasłonkę? - palnęłam bez zastanowienia.

I tak się właśnie zaczęło...
Przeżyłam tamten wieczór kąpiąc się w wannie (co było frustrujące ze względu na to, że z wanny korzystają trzy osoby i trzeba czekać na swoją kolej, a prysznic jest tylko dla mnie) i walnęłam się do łóżka.

Pierwszy poranek w domu.
Pierwsze śniadanie jedzone bez pośpiechu i bez stresu.
Pierwsze sięgnięcie po miskę i...
- A gdzie są płatki?
- Nie ma.
- Jak to NIE MA?
- No nie ma.
- Przecież zanim wyjechałam to były.
- Ale się skończyły.
- To czemu nikt nie kupił?
- Nie mówiłaś, żeby Ci kupić.
- Bo zawsze były w domu!
- To nic. Zjesz coś innego.
- To ja wracam z koszar, zmęczona i niewyspana z myślą, że na śniadanie zjem namoknięte płatki kukurydziane zrobione na ciepłym mleku, bo od tygodnia jadę na suchej bułce popijanej słodką herbatą, a Ty mi mówisz, że nie ma płatków? - wysyczałam i z nafuczoną miną usiadłam na taborecie.

Sytuacja nr 3.
Pod lodówką.
Otwieram lodówkę, oczka mi się świecą, a tam...
- Szynka? Na MOJEJ półce? Awrrrr i to jeszcze na mojej sałacie!
- O, widzisz. Nie zauważyłam...
- Wystarczyło mi wyjechać na tydzień, żebyście zawłaszczyli moją przestrzeń przeznaczoną na warzywa i położyli na nią szynkę? To ja wracam z koszar i awrrr, awrrrr, awrrr!

Przyjechałam do domu, przetarłam półprzytomne oczy i zagnęłam beztrosko rodziców.
- Co słychać, jak się czujecie?
- Tato jest chory.
- Cooo?
- Jest przeziębiony.
- Jak to przeziębiony? Tato przeziębiony?! Ostatnio był chyba przeziębiony w '97!
- Ma katar i boli go gardło. Mnie też zresztą boli.
Zonk.
- No pięknie. To ja wracam z koszar zmęczona, niewyspana i do tego nafaszerowana Neosine, które brałam dłużej niż powinnam, bo wszyscy wkoło zginali się w pół od ataków kaszlu, a Ty mi mówisz, że jesteście chorzy?  - naburmuszyłam się jak Mała Mi i poszłam do swojego pokoju.



Dziś rano z kolei rozsiadłam się w fotelu, uniosłam brodę patrząc z góry na siostrę i sarknęłam dobitnie przez cynicznie:
- Masz zakaz rzygania w nocy, jak przyjeżdżam do domu z koszar, zmęczona i niewyspana, marząca o ciszy, spokoju i swoim łóżku. Jak ja mam spać spokojnie, skoro Ty pół nocy rzygasz? A jeśli to grypa żołądkowa i złapię rotawirusa, a potem pojadę na koszary i nie będę biegać, tylko kiblować...?


;];];]
Oczywiście wiadomo, że wszystkie wyżej opisane sytuacje zostały naciągnięte na potrzeby bloga, bo ja to ja, a mój blog tak jak ja rządzi się swoimi własnymi nie do końca porządnymi prawami, a powyższe zdania cedziłam mocno ironicznie - cierpkim tonem (co nie znaczy, że w głębi swej rozpuszczoności nie twierdziłam, że wszystkich domowników obejmuje zakaz panoszenia się na mojej półce w lodówce i narażania mnie na choroby ;P), ale jedno jest pewne. Jestem zepsuta.

Byłam zepsuta jako dziecko, bo zawsze wszystko uchodziło mi płazem z racji dołeczków w policzkach i iskierek w oczkach.
Byłam zepsuta, bo byłam najmłodsza.
Byłam zepsuta, bo wszyscy mnie psuli.
Doszłam do wniosku, że zepsucie nic mnie nie nauczy, więc skoro wszyscy mnie psuli - ja się naprawiałam.
Odmawiałam sobie wiele przyjemności (* wyłączywszy kupowanie ciuchów w kolorze miętowym), tłukłam sobie do głowy, że nie jestem pępkiem świata i że to nie tak, że wszystko mi się należy.
Poświęcałam się do takiego stopnia, że trąciło to wręcz dziwnym stanem lekkiego popier***enia.
W każdym razie - pilnowałam się, żeby nie być (aż) taką straszną egoistką.
A potem pojechałam na szkółkę.
I choć bez marudzenia znoszę poranne wstawanie, asfalt za paznokciami po pompkach na stadionie i odciski na stopach, to do domu jadę z przeświadczeniem, że: "Wracam z koszar to mi się należy".


Na szczęście oprócz umiejętności budowania zdań długich jak tasiemiec, otwierania mocno zakręconych butelek, składania się jak scyzoryk podczas spania w aucie i śpiewania piosenek z bajek Disneya na całe gardło (WTF, nie mogłam dostać w pakiecie zestawu cech i kompetencji, dzięki którym można zdobyć rynek pracy, albo które można chociaż wpisać w CV? ;/) mam też odrobinę samokrytycyzmu. I zdrowego rozsądku. I nawet posiadam minimum sumienia.
Dlatego jak już przemyślałam swoje niechlubne zachowanie, zeszłam do domowników ze skruszoną miną.
- Ja wiem, że nie jestem pępkiem świata i że to nie tak, że wszystko mi się należy i nawet dobrze, że mi się nie należy, bo nie można wyrastać w takim przeświadczeniu, że cały świat kręci się wkoło nas, bo to niczego nie uczy i wiem, że nie powinnam się wyżywać za swoje niewyspanie, pałę z prewencji i inne niezaspokojone potrzeby, których lepiej nie mówić na głos. Ja wiem, że jestem okrutna, zła i podła i jednymi z moich nielicznych zalet jest sprawne operowanie podtekstami, cięty język i cycki, ale przecież Was nie interesują moje cycki, a ten cięty język to jeszcze raczej sprawi, że zamiast być znaną pisarką to ja będę starą panną z kotem/dwoma/trzema albo pięcioma i przez to nie uraczę Was gromadka radośnie roześmianych wnucząt/dwoma/trzema lub pięcioma, ale wiedzcie, że ja naprawdę, naprawdę nie oczekuję zbyt wiele i wcale, ale to wcale nie chcę się rządzić i panoszyć, bo przecież mnie tu w domu praktycznie nie ma, nie dokładam się do domowego budżetu, nie myję naczyń ani podłogi i nie obieram ziemniaków do obiadu, a jak przyjeżdżam to tylko jem i śpię, śpię i jem, a jak nie śpię ani nie jem to się uczę, a jak się uczę to też Was terroryzuję, żebyście byli cicho, ale proszę Was, proszę, proszę, proszę przymknijcie na to oko, nie zwracajcie uwagi na mój dziwny stan pobudzenia, te dziwnie błyszczące oczka - nie, Boże nie, nie zakochałam się! Chyba... Chyba, że w tym moim wygodnym łóżeczku z pościelą w kolorowe sowy, w tej herbacie, którą mogę sączyć godzinę, w tym makaronie ze szpinakiem, bo przecież cierpię na zespół odstawienia szpinaku, w tych książkach na półce, na które patrzę tęsknym okiem, bo wiem, że czytać to ja teraz mogę tylko o użyciu środków przymusu, a nie o seryjnych mordercach i zmutowanych wirusach. I jeszcze w tych drożdżówkach z makiem, ommm, a mak to też w sumie może wywołać dziwne stany, więc nie patrzcie się tak na mnie i najlepiej to mnie nie słuchajcie, tylko pozwólcie, POZWÓLCIE mi zaspokoić moje podstawowe potrzeby i nie ściągajcie mi tej piep****ej zasłonki spod prysznica nawet jak zaczyna się po niej piąć grzyb aż po sufit, nie kładźcie Waszej szynki na moje warzywa i postarajcie się zapewnić mi zaplecze płatkowo - sojowe jak wracam z koszar zmęczona i niewyspana, bo pierdzielić zepsucie i niebycie pępkiem świata - tym będę martwić się później, podobnie jak tym że jak dalej będę tyle jeść pod przykrywką "Jestem weganką, dużo ćwiczę i muszę nadrobić kalorie" to przytyję pięć kilo i wtedy na pewno się załamię i niechybnie umrę, ale to nic, wszystko jest nieważne i mało istotne, bo chodzi mi tylko o to że jak wracam z koszar zmęczona i niewyspana, to mi się należy nawet wtedy kiedy mi się nie należy, o!


^^




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz