...

...
M.

wtorek, 31 maja 2016

Hamaczek

- Co będziesz robić przez długi weekend? - spytała mnie smsem współlokatorka (czyli moja towarzyszka koszarowej niedoli), kiedy wyciągałam się na całą długość tylnego samochodowego siedzenia w drodze do domu.
- Spędzać czas z siostrą. Pisać. Huśtać się w hamaku. Pić kawę mrożoną. Czytać. Malować paznokcie na czerwono. Robić peeling stóp. Kupować miętowe ubrania ...  - wymieniłam za jednym zamachem. I z mocnym postanowieniem, że postaram się choć raz zrealizować swoje (jakże ambitne) plany.
Po cichu dołączyłam do nich pielęgnowanie pokoju, żeby utrzymać go w czystości spęłniającej moje wydziwione standardy, spotkanie ze znajomymi z dziećmi, spacerki z psem, bieganie i naukę na prawo. Po cichu, bo wiedziałam, że plany rządzą się czasem swoimi prawami.

W głębi czaszki miałam jednak wizję, że wszystko uda się tak jak sobie obmyśliłam.
W głębi czaszki widziałam już siebie, jak konwersuję z siostrą na leżaczkach ubrana w zwiewną sukieneczkę, sącząc kawę.
Jak piszę głębokie treści na bloga popijając herbatkę.
Jak chodzę po sklepie i przebieram w ubraniach bez pośpiechu i bez spiny.
Jak biegnę równym sprężystym krokiem, a kucyk huśta mi się majestatycznie za głową w rytm głuchych stąpnięć.
Jak przecieram ładnie półeczki z niewidocznych pyłków i ustawiam równo książki.
Jak siedzę w skupieniu nad notatkami i jak wszystkie artykuły chętnie wchodzą mi do głowy...

Hm.
Jakby to ładnie ująć...
Większość rzeczy udało mi się zrealizować.
Tylko trochę inaczej niż myślałam i trochę mniej idealistycznie jak sobie założyłam.
Bo:
Byłam na spacerze z psem. Nie jednym, nie dwóch i nie trzech.
Za każdym razem atakował nas jakiś pies; większość obszczekańców jazgocząc tylko zza ogrodzenia lub kończąc atak na sadzeniu się, ale jeden wyjątkowo napalony bokser przygwoździł mojego wiernego kundelka o poczciwym spojrzeniu do ziemi warcząc i śliniąc się, czym sprawił, że w ciągu minuty byłam cała mokra i do tego roztelepana jak osika.
Spędziłam czas z siostrą.
Pierwszego poranka zlewając ją totalnie, kiedy siedziała w moim pokoju i próbowała zainicjować rozmowę, a ja intensywnie stukałam w klawiaturę.
Drugiego dnia, kiedy pojechałam "po chleb" (*moje jazdy "po chleb" kończą się trzygodzinnym zaginięciem w akcji, a po tych trzech godzinach wracam do domu z naręczem książek z dwóch bibliotek, nowymi ubraniami, połową sklepu ze zdrową żywnością i jeszcze z zaliczonym bankiem, pięcioma sklepami i dziesięcioma pogaduszkami ze znajomymi. I z bułkami z makiem zamiast chleba ^^) i kiedy w ciągu mojego "zaginięcia" usłyszałam od niej przez telefon trzy razy "No gdzie Ty jesteś, Młodaaa?!".
Potem wymieniając między sobą burzliwą dyskusję, która z nas ma zamiatać, a która myć naczynia. I na koniec znów "spędziłam z nią czas" zlewając jej skromną osobę siedzącą w moim fotelu i zagadującą mnie, bo przecież dorwałam laptopa i doznałam ataku świerzbiących paluszków... ;]
No bo właśnie - pisać też pisałam;
- w ręczniku, z burdelem wkoło, z mokrą głową, pustym żołądkiem.
- bez obiadu (sałatka i bułka z gorzką czekoladą się liczy?), z brudnymi stopami, którymi dzień po zakończeniu kuracji furaginą przełaziłam po (ciepłym, suchym, nooo) trawniku,
- z siostrą żądającą mojej uwagi i wymagającą, żebym udzielała jej pytań na tak trudne i szczegółowe pytania, że musiałabym przede wszystkim jej słuchać, żeby na nie odpowiedzieć,
- z rozrzuconymi ubraniami, potreningowymi ciuchami suszącymi się na kaloryferze, stertą pustych kubków na stoliku (zgodnie z dewizą życiową - jest wena, są i kubki) i zwierzakami natrętnie kręcącymi się po pokoju.
Huśtać też huśtałam. Się - trzy minuty przed przyjazdem kolegi na kawę (*mam nadzieję, że nie widział jak opieram się na łokciu i zamykam oczy, gdy tylko spuszczał ze mnie wzrok. A jeśli to teraz czyta - ale na pewno nie, bo gdzież by mu się chciało - no ejjj, weź, to tylko niedospanie ;P) i córeczki koleżanki, które pilnowałam jak oka w głowie, żeby nie rozbiły głowy na tarasowych płytkach.
Kawę piłam. Nawet dwie. I to obie mrożone, ze słodzonym mlekiem sojowym i chroboczącymi się o ścianki kostkami lodu. Jedną wypiłam prawieżeduszkiem zanim wyszłam na spacer z psem. Pobudziła mnie na tyle, że miałam ochotę przeskakiwać przez smycz Pedra jak przez gumę, ale powstrzymywał mnie fakt, że szłam ulicą, na której ktoś mógł mnie zobaczyć. Drugą piłam do momentu aż mnie przymuliło i wtedy uznałam, że nie powinno łączyć się bułki z czekoladą, wygłupów z dziećmi i muląco słodkiej kawy.
Sukienka... Hym... Sukienkę ubrałam i nawet cieszyłam się, że wyglądam w niej tak dziewczęco i niewinnie dzięki kolorowym paseczkom, ale jak nogi zrobiły mi się sine z zimna, a na całym ciele wyskoczyła mi gęsia skórka skapitulowałam i ubrałam szare dresy i szarą bluzę w jaskółki.
Czytać... No czytać nie zdążyłam, ale pożyczyłam osiem książek w bibliotece, a zanim je pożyczyłam to standardowo przeczytałam recenzję z tyłu, nazwisko autora, nazwę wydawnictwa i sponsorów. Bez bicia przyznaję, że rok wydania i tytuł w oryginale (w przypadku tych spoza granic naszego kraju) pominęłam.
Paznokci u rąk nie pomalowałam (przez dwa dni nie było czasu, na kolejne dwa się nie opłacało), ale u nóg i owszem. I jeszcze wymoczyłam odciski w ciepłej wodzie z solą i oliwką, a potem nawet użyłam elektrycznego pilnika do stóp, który tak warczy i wibruje podczas złuszczania naskórka, że zamykam okno, żeby sąsiedzi nie myśleli, że używam innego sprzętu warcząco-wibrującego.
Peeling stóp zrobiłam i tu - brawo dla mnie - zrobiłam to jak należy, bez pośpiechu, z należytą celebracją, rozchlapaniem wody na płytkach, zrobieniem mokrych śladów stóp na panelach i nasmarowaniem się taką ilością kremu dla ciężkich przypadków sponiewieranych do granic możliwości stóp, że wchłaniał się przez kolejne trzy dni.
Z jednej pary (odłożonej dla mnie pod ladę) miętowej części garderoby zrobiły się trzy, różniące się od siebie tylko krojem, ceną i marką (i po co? Po cooo?), a dodatkowo szarpnęłam się jeszcze na wiadomojaką czapeczkę z daszkiem, morelowe szorty (*luźne, bo przez tę szkółkę, ćwiczenia i gorzką czekoladę uda mi się rozrosły i nawet babcia powiedziała mi, że przytyłam, czego o mało nie przypłaciłam życiem) i pas z bidonem do biegania. Zakupy - nadmienię - robiłam bardzo szybko, strącając wieszaki w przymierzalni, nie licząc cen na metkach i oglądając bluzy z kapturami, choć zabroniłam sobie kupować kolejną bluzę przynajmniej do końca tego półrocza.
Pokój sprzątałam pół godziny przed przyjściem koleżanki, psiocząc na końcówkę Pronta, odsuwając nogą pudełka po butach, wrzucając niesparowane skarpetki do szuflady i mając nadzieję, że fakt iż lustro ma milion smug, a na oknie są ślady łapek mojej kotki, która rozpaczliwie drapie nimi w szybę, kiedy wraca do domu z całodniowej (albo całonocnej) włóczęgi (nie wiem po kim to ma...) nie rzuca się w oczy. Nie miałam czasu wystawić dwóch par adidasów do ćwiczeń na taras, więc wetknęłam w gniazdko odświeżacz i szybko pozbyłam się rozgrzewającego pasa, kapci i termoforu wrzucając je do szafy i równie szybko zasuwając drzwi, żeby nie wyleciały z niej czarne szpilki, które pełnią tylko funkcję dekoracyjną.
Mój kołtuński uśmiech, który wykwitł mi na twarzy kiedy znajoma stwierdziła, że sterylnie u mnie jak w szpitalu chętnie bym Wam sfotografowała i wrzuciła jako uzupełnienie wpisu, ale na brodzie mam tak wielkiego i ohydnego czerwonego syfa, że chyba nie będę Was straszyć. Myślałam (no właśnie, to też obejmował mój Plan przez duże "P"), że nikczemny pryszcz zniknie jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy moja skóra oświadczy zbawiennego wpływu bieszczadzkiego powietrza, domowej atmosfery i wyspania, a cera nabierze przy tym promiennego blasku, ale... No właśnie. Nie zniknął i nie nabrała...
Znajomi i dzieci - tu jak najbardziej przyznam, że wypoczęłam i miło spędziłam czas, a dzieci nie zawiodły mnie niczym i ich radosny świergot, śmiech i wygłupy były bardzo miłym akcentem podczas weekendu. No i dostałam laurki i bukieciki stokrotek ^^. Boże, kiedy ja ostatnio dostałam laurkę namalowaną kredkami? Chyba w poprzednim życiu (czyt. dwa miesiące temu).
Biegać...
Biegać też biegałam. Wieczorem, jak lubię. Najpierw ubrałam się za lekko (chciałam chyba błysnąć umięśnionymi rękami i tymi udami nieszczęsnymi), bo ubrałam koszulkę na ramiączkach i krótkie szorty. Niestety kiedy między luźnymi połami koszulki zaczęło mi świstać zimne powietrze, wróciłam do domu po przebiegnięciu dwóch długości ulicy, na której mieszkam. Kiedy ubrałam dry fitową koszulkę i osiągnęłam optymalny stopień ciepła - mój towarzysz biegania pies zbuntował się przeciwko wysiłkowi i walnął jak długi w trawę. Próbowałam przekonać go do zmiany decyzji prośbą, zachętą i groźbą, ale jak już przechodzący chodnikiem ludzie zaczęli się śmiać (pies leżący na plecach z łapkami w górze w geście poddania i ja, podrygująca w miejscu, gotowa do puszczenia  się biegiem jak strzała) doszłam do wniosku, że wegance nie wypada męczyć zwierzaka. Bieg z psem zakończyłam długim spacerem, na który Pedro łaskawie zgodził się tylko dlatego, że szedł z nami sąsiad z suczką. Odprowadziłam psa i podjarana późną porą, pustką na ulicy i chłodem uznałam, że definitywnie idę pobiegać. Pechowo nie zabrałam ze szkółki legginsów, termoaktywnej bluzki i nowych butów, więc musiałam założyć ciemnozielone legginsy, w których wyglądam niezbyt korzystnie, bluzę w gwiazdki i buty, które mają małe dziurki w miejscu dużego palca. W połowie trasy rozgrzałam się na tyle, że bluzę musiałam związać w pasie. Z trudem powstrzymywałam się, żeby zwolnić tempo na nieoświetlonych częściach chodnika (bo skręcić nogę to nie sztuka), a potem triumfalnie wbiegłam pod górkę (zziajana i dysząca, a potem wzdrygająca się na widok pająków na budynku, o który się chciałam oprzeć).
Do domu wróciłam skocznym biegiem, równie skocznie pokonałam ogrodzenie. I chyba nawet kucyk mi się majestatycznie zahuśtał... ;].
Na prawo uczyłam się w hamaku. Po przeczytaniu trzech artykułów głowa zaczęła mi się kiwać w rytm balansującego beztrosko ciała. Kolejne trzy artykuły męczyłam, walcząc z opadającymi powiekami aż wreszcie pozwoliłam opaść głowie na bok, a notatkom sfrunąć na tarasowe płytki i tak rozkosznie się huśtając dobiłam do końca weekendu ;).


PS Na szczęście w niedzielę udało mi się wygospodarować na tyle czasu sam na sam z notatkami, że prawo zdałam na piątkę. Poczułam się prawie jakbym dostała stypendium naukowe dla najpilniejszych uczniów ;]

PPS Widok z okna to widok o piątej nad ranem, bo wciąż nie udaje mi się przespać tej godziny bez zerwania się ze snu. Pechowo od mglistej łąki i konia lepiej widać ciapki Kiary na szybie, ale co tam. Podtrzymam Waszą wizję, że poranki w Bieszczadach spędzam pląsając boso po rannej rosie i wdychając rześkie powietrze ;]
Aaa... Mówiłam już, że zaczęłam swój sezon na letnie kombinezony i że pokusiłam się o kupienie pierwszej czerwonej części garderoby? ^^ Jak nie to na zdjęciach macie żywe dowody w postaci jednoczęściowych stroików (tzw. antygwałtów). Miętowych części garderoby, herbaty z cytryną, piżamowych popołudni, chaosu podczas tworzenia, kolejnych zdjęć kota i innych głupot nie muszę chyba komentować? ;]






























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz