...

...
M.

czwartek, 26 maja 2016

W ręczniku ;]

Połoga pełna porozrzucanych ubrań.
(Wcale nie lepsze) Łóżko ze zmierzwionymi kocykami i nowymi letnimi ciuchami, które trzymam w zasięgu wzroku, żeby nacieszyć nimi oko.
Wielki kubek herbaty z wielkim plastrem cytryny. Przestudzonej, kwaśnej i lekko gorzkawej.
Tysiąc pięćset elementów bielizny na każdej wolnej przestrzeni.
Poduszka w sowy.
Samotne, nieco obite jabłko na panelach.
I ja w niebieskim ręczniku z kocem na głowie ;].


Tak właśnie wyglądają moje powroty do domu.
Tzn. niekoniecznie zawsze z kocem na głowie i owocami poniewierającymi się na podłodze ^^.
Jednak procedura jest na ogół taka sama:
Najpierw śpię w aucie przybierając najgłupsze z możliwych pozycji.
Potem - jak przejmą mnie rodzice - przytomnieję i nawijam do ochrypnięcia.
Następnie znów jest kimanie na siedząco i udawanie, że głowa wcale nie leci mi na łeb na szyję.
Kiedy wysiadam z auta zaciągam się bieszczadzkim powietrzem i mówię, że na szkole takiego nie ma. Bo nie ma ;).
Od progu domu zrzucam z siebie buty, torby i torebki.
Od progu łazienki ubrania.
Od progu pokoju ręcznik.

Do łóżka wpełzam.
Nie chodzę, nie wskakuję.
Wpełzam.
Wpełzam i dodatkowo mruczę.
Mruczę, prężę się, przeciągam i jeszcze wzdycham.
A potem rozkładam się na całą długość i szerokość tylko po to, żeby za chwilę zwinąć się jak precel.
Wyłączam się jednym pstryczkiem, chociaż za ścianą gra telewizor, a kotka namiętnie drapie w drzwi, żeby ją wpuścić.
Nad ranem przeważnie się przebudzam, zwykle kiedy robi się widno, albo kiedy zegar wybija piątą.
Zdarza mi się nawet powywracać oczami wkoło, lustrując wzrokiem wszystkie te osobiste akcenty pokoju jak zdjęcia, poduchy, książki i stos kosmetyków na komodzie i prześlizgnąć się wzrokiem po uspokajającej bieli mebli albo chociaż popatrzeć przez chwilę na sufit.
Na ogół jednak tylko mruczę i jeszcze bardziej się przeciągam.

Wstaję jak już się wyśpię.
Czyli przeważnie przed ósmą, co i tak jest nadprogramowymi 2-3 godzinami snu.
Poświęcam się na tyle, że zarzucam na siebie jakąś luźną koszulkę albo dresy.
Kiedy otwieram lodówkę, błogosławię mamę i jej szósty zmysł, skoro stoi w niej świeże sojowe mleko, na półce jest tyle warzyw, że wiem, że nie zjem ich w tydzień, a na paterze przewalają się owoce.
Oczywiście z tego powodu wcale ich nie jem tylko sięgam po płatki ;].

Następnie następuje okres zwany nierobieniem niczego.
Przeważnie polega on na tym, że wywalam zawartość torby i torebki na środek pokoju, załadowuję pralkę swoimi ciuchami (Tylko moimi! Mnóstwo sznurków do powieszenia tylko dla mnie!), resztę układam w szafie i głównie pod szafą spędzam pół poranka.
Nie pytajcie mnie co pod nią robię ;P.
Przeważnie układam ciuchy, czasem je przymierzam, czasem tylko przekładam z miejsca na miejsce.
Potem podobnie robię przed komodą i przed szkatułką z biżuterią. Chociaż "biżuteria" to może zbyt szumnie powiedziane, bo oprócz kolekcji nietypowych kolczyków nie mam nic wartościowego.
Ale mogę na sobie nie mieć nic, ale obwieszam się bransoletką i łańcuszkiem z nieskończonością niezmiennie, zawsze, za każdym razem ;).
Podobnie jak za każdym razem idę pod prysznic i myję głowę tak długo, jakbym próbowała się co najmniej odwszawić... Co po doświadczeniach z kaskiem do boksu, z którego spływa niezbyt apetyczny pot facetów, którzy nosili go przede mną (*niestety nie ma czasu i możliwości wziąć prysznica, dzięki czemu przemysł artykułów niemowlęcych w postaci mokrych chusteczek i odświeżających odżywek do włosów w sprayu o zapachu zielonej herbaty kwitnie).
Po prysznicu dalej wracam do ręcznikowania i w ręczniku snuję się mniej więcej do popołudnia.
Włosy mam w nieładzie, wciąż wilgotne po kąpieli i absolutnie nie tknięte szczotką.
Najczęściej taka nieogarnięta ponownie wchodzę do swojego centrum dowodzenia czyt. łóżka i zasiadając na nim po turecku oddaję się ulubionym czynnościom, jakimi jest naprzemienne pisanie i czytanie (przeważnie tego, co napiszę, bo jakże by inaczej) połączone ze słuchaniem muzyki.
Jak mi zimno to nakrywam się kocem, z głową włącznie.
Suszarki używam dopiero wtedy, gdy cebulki włosowe zaczynają mi przymarzać. Dogrzewam się wtedy ciepłym strumieniem powietrza, machając głową w rytm wyimaginowanej muzyki.
Znów wracam do pokoju.
Dalej nieogarnięta.
Wciąż z nieładem wkoło siebie.
Wciąż niepomalowana.
Wciąż w ręczniku ;)

Tak mija mi pół dnia.
Pół dnia praktycznie bez odzywania się do nikogo, bez robienia niczego, a już na pewno niczego pożytecznego.
Poję się herbatką, rozwalam na łóżku, słucham muzyki, milczę.
Już nawet nie mruczę ;).
Trudną decyzję o ubraniu się podejmuję dopiero jak zaczyna mnie ssać z głodu.
Nie ubieram na siebie nic co nie jest gładkie, miękkie, wygodne.
Począwszy od skarpetek, na bluzie kończąc wszystko ma być przyjemne w dotyku i ładne.
Włosy przeważnie szczotkuję długo szczotką z włosia i traktuję prostownicą, ale nie związuje ich, pozwalając im rozlać się ciemną kaskadą po plecach.


Te pół dnia w błogim nieróbstwie i nieładzie doładowuje mnie i dopieszcza, rekompensując wszystkie te niemożności wzięcia porządnej kąpieli po bieganiu w upale, rzucaniu się po trawie, zbieraniu ziemi za paznokciami i śmierdzącym potem spływającym po wnętrzu kasku, które choć w pewien patologiczny sposób przyjemnie poniewierają i hartują to jednak finalnie i tak wymuszają konieczność otulania się w przyjemności, kiedy tylko mam taką możliwość.
Do normalności wracam wychodząc z ręcznika, wychodząc z pokoju, wychodząc z tego bezpiecznego kokonu, w który dla równowagi otulam się co weekend, żeby odbić sobie wszelkie możliwe niewygody koszar.


A kiedy już mi się znudzi miękkość bluzy, markowe majtki i za gładkie stopy, idę biegać, pocę się na macie albo idę z psem do lasu, żeby znów mieć błoto za paznokciami i siniaki na przedramionach... ;).









1 komentarz:

  1. Wyczuwam w tej notce nieład artystyczny.
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie: http://www.szeptyduszy.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń