Dwa kątniki, jeden duży, drugi mały. A raczej - trochę większy niż mały, trochę mniejszy niż największy. Ja i pająki to rzecz skomplikowana... W każdym razie oba były u mnie w domu. Tak. Ten aspekt wiosny jest dla mnie nieeeee dooooo przejścia! Podobnie jak to, że po nastu latach zareagowałam alergią kontaktową (wiem, że za długo myję ręce, bo śpiewam dwa razy Happy Birthday, ale to moja profilaktyka przeciwwirusowa!) i teraz myję ręce dziwnie pachnącym żelem z awokado, a smaruję maścią Bepanthen, która choć ma w dopisku "Senstitive" i nie jest dedykowana bobasom, mi i tak kojarzy się z bobasem.
Nie mogę też już szwendać się tam, gdzie mogą być misie, więc żal. Żal mi też Łukasza Litewki, bo odszedł ten, któremu tak mocno zależało też na braciach mniejszych. Wszystkie te odejścia nakładają się na siebie i robi się zwyczajnie przykro.
A spacerki szły w dobrą stronę, bo odwaliłam dwa, w środku tygodnia. Nie, nie pracuję póki co mniej, choć idę w tym kierunku. Pracuję tyle samo, ale z przerwą na life w schemacie life - work balance. Albo jak zrządzeniem losu mam mniej pracy, nie dokładam sobie więcej. To też nowostka wiosenna.
Teraz wypada mi chodzić po centrum miasta, bo moja okolica niestety obfituje w bliskość miśków. Nie chodzą mi do ogródka (bo nie mam warzywniaka, maliny w toku), ale po sąsiadach się zdarzały.
Nie narzekam! Błogosławię fakt mieszkania tu. Wstaję do pracy z radością, wcale nie zdarza mi się zapomnieć torebki, w weekendy urządzam sobie słoneczne wycieczki. Kwiecień mimo wszystko był zimny, słońce było przyjemne - jasna sprawa, ale przymrozkom mówimy nie.































Komentarze
Prześlij komentarz