...

...
M.

niedziela, 24 listopada 2013

Cisza... ;)



            Pewnie jesteście ciekawi, co u mnie słychać… A jak nie, to i tak to napiszę ;P. 
Przyjaciółka powiedziała mi, że nie wpasowuję się popularną tematykę blogów. Że ostatnimi czasy królują  blogi lifestylowe, kulinarne i modowe  ;] Mój blog niestety nie jest ani o modzie, ani o urodzie ;P. Fakt, że od pewnego czasu zaczynam coraz więcej pisać o sobie i mój blog jest trochę „pamiętnikowaty”, ale wychodzę z założenia, że kto nie chce, nie musi go czytać ;P.
            Ten tydzień był bardzo ambitny. Środę i czwartek miałam wolne, ale i tak spędziłam te dni na pisaniu  referatu. Na nieszczęsną konferencję o rodzinie. Wybrałam temat nieletnich rodziców i ogólnie pisało mi się całkiem dobrze, ale…
  1. Zdecydowanie najgorsze są ostatnie strony. Człowiek nie ma co ma pisać, więc pisze trochę z przymusu i każda linijka ciągnie się jak przydeptana guma balonowa…
  2. Nie dopilnowałam właściwych odległości między wierszami. Po ustawieniu 1,5 odstępu, okazało się, że mam o 5 stron za dużo ;P. Więc po co było się męczyć i na siłę dopisywać tekst? ;)
  3. Przypisy, akapity, bibliografie, kropki, poprawki… Takie małe szczególiki, a jakże upierdliwe…
  4. W czwartek mój laptop odmówił współpracy… Najpierw wyświetlił się komunikat, że jest przegrzany, a po chwili wyłączył się z cichym pyknięciem. Próby reanimacji na nic się zdały. Obdzwoniłam kolejno członków mojej rodziny, żeby zająć sobie czas (ale byli zadowoleni, że o nich pamiętam… :D), potem zaczęłam ręcznie pisać artykuł. Na koniec, musiałam pożyczyć laptopa od współlokatorki i większość dnia spędziłam na „kosmetyce”(patrz punkt 3). Aha. I jeszcze musiałam zrobić prezentację multimedialną. Czyli wyszukać same ładne i ciekawe fotki, by nie zanudzić odbiorców...
  5. Żeby było śmieszniej, już zaczynam się powoli stresować środową konferencją. Co innego łazić po bibliotekach, a potem spędzać godziny, pisząc w domowych pieleszach. To jest trochę męczące, ale przyjemne i satysfakcjonujące (tzn. dla takich świrków jak ja, które wiecznie stukają w klawiaturę ;P). Konferencja to już jest stres. Nie wiem, w co się ubrać. Nie wiem, jakie wziąć buty. I obawiam się, że moje struny głosowe ( i ręce zresztą też) zaczną drżeć w niekontrolowany sposób, kiedy zacznę odczytywać swoje wypociny… ;D. W co ja się znowu wpakowałam…?
             W piątek wracałam do domu. Jak co tydzień, bo przecież moje „dzieci” płaczą. Szynszyl się zbuntował i bezustannie kąsa moją rodzicielkę po dłoniach.W. też przecież by się zapłakał, gdyby nie miał mu kto poprawiać nastroju gadaniem od rzeczy i śmianiem się bez powodu ;P. Albo marudzeniem i strzelaniem fochy, bo to też potrafię robić, kiedy zajdzie mi za skórę... ;].
Niestety fairytale gone bad –mój Strażak skończył szkółkę, więc zostaje mi turlanie się autobusem. Nie chcę absolutnie narzekać, bo choć jestem trochę rozpieszczona (^^), to przecież jeździłam wcześniej autobusami. Chociażby na studia do Sanoka (dopóki tatuś nie zaczął mi dawać samochodu… ;] ;]) czy na Śląsk ( i to dopiero była trasa ;D). Chodzi tylko o to, że podróż autem to jednak jest komfort i wygoda. Po pierwsze – nie musiałam naciągać się z walizami. Chłopak zabrał mi bagaże, załadował do auta, przywiózł pod dom, wytargał klamoty… A teraz? Zanim wytałabię tę walizeczkę z kamienicy, już się zdążę zasapać. Potem idę chodnikiem, ciągnąć ją za sobą na kółeczkach. Kółka turkoczą na całą okolicę, jakby chciały zakomunikować całemu światu :„Hej, to ja! Wracam do domu!”. Krawężniki także nie są mile widziane, kiedy ciągnie się za sobą walizeczkę. Muszę ją podnosić, przenosić i uważać, żeby się nie wywróciła. Na przejściach trzeba  się śpieszyć, żeby zdążyć przeciągnąć cały swój ekwipunek, zanim światło zmieni się na czerwone. Ponieważ zakładam już rękawiczki (niby takie bez palców, ale rękawiczki ;D), ciągle mam w głowie taką wizję; uchwyt walizki wyślizguje mi się z rąk i turkusowa walizeczka z całą jej zawartością toczy się w tył, a ja za nią gonię… ;] Mam nadzieję, że nie mam daru jasnowidzenia i że nigdy nie przydarzy mi się taka historia... ;)
          Na dworcu – pędem do kasy. Bilet trzeba kupić szybciej, bo wtedy jest szansa na miejsce siedzące. Potem tuptanie z zimna na odpowiednim stanowisku. Jest już tam tłumek ludzi, więc teoretycznie dobrze, bo będzie cieplej. Ale nie :P Bo przecież tyle ludzi to konkurenci do zajmowania wolnych siedzeń ;P. Więc zanim zdołałam ulokować moją pękatą walizunię w bagażniku (nie obeszło się bez męskiej pomocy…), większość miejsc była był zajęta. Ale bycie małym też ma swoje zalety. Prześmignęłam się między ludziskami i machając kierowcy bilecikiem, usiadłam koło koleżanki. Uff… Siedzę. Ulga ;)
             Nie zdążyliśmy wyjechać z Rz-wa, kiedy zaczęłam wpadać w swój Podróżny Trans. Ostatnio kołysanie autobusu przypomniało mi, że cierpiałam na chorobę loko, więc tym razem miałam swoje superanckie opaseczki. Dawniej używałam plasterków, ale są nieekonomiczne, bo jednorazowe. Będąc w Katowicach nabyłam w aptece opaski, które wyglądają jak szare frotki. Jedynie co je od nich odróżnia to mała kulka pośrodku, którą należy umiejscowić w odpowiednim miejscu na nadgarstku. Opaski działają na zasadzie akupresury. Nie wiem czy to efekt placebo, czy faktycznie działają. Grunt, że kiedy je mam, dobrze się czuję ;) 
Kimałam sobie słodko, jak zwykle w dziwacznych poskręcano – powyciąganych pozycjach. Niektórzy jednak nie mieli tyle szczęścia i stali w przejściu aż do Sanoka. W sumie nie przeszkadzał mi ten tłum. Było trochę duszno, ale uchyliliśmy okno. Czasami czułam specyficzne smyranie, jak ktoś przeciskał się między fotelami, ale po kilku osobnikach, którzy koło mnie przechodzili, przestałam zwracać na nich uwagę ;) Większość osób wysiadła w Sanoku. „Wreszcie będzie luźniej” – zdążyłam pomyśleć, zanim do autobusu wkroczyła banda uczniaków. Aha…
           W Lesku miałam problem, żeby wyciągnąć swoje bagaże. Ciągnęłam i ciągnęłam, zanim walizka wyskoczyła spod stosu innych tobołków. I znów szłam, targając za sobą uroczy bagaż. Ulica pusta i cicha. I tylko było słychać moje turkotanie po kostce brukowej ;) W domu wszamałam na szybko obiad (nabawię się wrzodów, jak będę tak jeść ciągle na chybcika...), który był gotowany także na szybko ;P. Pojechałam na warsztaty pisarskie do PWSZ- tu i spędziłam urocze 3 godzinki, knując intrygę kryminalną ;P. Nasza sensacyjna twórczość powoli się kończy. 12 grudnia będziemy mieli spotkanie w Bibliotece w Sanoku, gdzie dostaniemy dyplomiki. Muszę przyznać, że spędziłam bardzo miły czas podczas tych zajęć translatorsko - pisarskich. No i miałam okazję sprawdzić się w pisaniu czegoś innego niż bajka czy felieton. Wprawdzie moja bohaterka nie byłaby "moja", gdyby nie miała ironicznego poczucie humoru. Opisy też mam charakterystyczne. W mojej twórczości nawet zwłoki dryfują beztrosko na wodzie... ;P

        W niedzielny poranek wzięłam mojego sierściucha na spacer. W sumie to był taki mini spacer, bo po 7 rano w szary, ponury dzień, ciężko jest się zmobilizować do dłuższej przebieżki. Stałam w bramie, przytupując nogami z zimna i szczękając zębami do wtóru, a Pedro buszował w trawie.
Kiedy jestem w Rzeszowie, muszę ustawiać telefon na wibracje, bo będąc w Galerii czy na mieście, nie jestem w stanie usłyszeć dzwonka. Ruch uliczny, hałas etc. Przyjeżdżając do Leska, wydaje mi się, że będzie tu panowała cisza i spokój. Dziś zdziwiła mnie kakofonia dźwięków w mojej poczciwej, podmiejskiej okolicy o tak wczesnej porze. Oprócz Pedra, który rył nosem w ziemi, parskając i prychając, słyszałam całą gamę najrozmaitszych głosów. I to nie tylko w mojej głowie ;P. Ptaki, ptaszki i ptaszynki rozbierzmiewały śpiewnymi trelami. Jak na mój gust świergoliły tak, jakby się awanturowały, ale brzmiało to całkiem ładnie ;) (Szkoda, że ludzie nie kłócą się tak śpiewnie. A może zacznę odtąd czepiać się i narzekać tylko do melodii? Hmm... Dobiorę odpowiedni repertuar i będę się kłócić śpiewająco ;P).  Gdzieś w oddali huczała dostojnie sowa. Kot sąsiada zawodził smętnie za żywopłotem, jakby… był marzec ;]. Psy ze schroniska szczekały i wyły, jak w „101 dalmatyńczykach”, kiedy to cała okolica rozbrzmiała szczękiem i jazgotem psiaków, by zaalarmować świat o zaginięciu szczeniaków.
Zanim zdążyłam wsłuchać się w te odgłosy, mój kundelek przybiegł na podwórko, więc zatrzasnęłam bramkę i wróciłam do domku. Ciepłego, miłego, przytulnego ;) I cichego ;) Oprócz szumienia laptopa, odgłosów krzątaniny rodziców (WTF?! W niedzielę, o tej porze?!), chrobotu naczyń, które ktoś przekłada i licznych dźwięków wydawanych przez mojego szynszylastego, który rozrabia w pokoju… Chyba nigdy nie ma takiej idealnej, głuche ciszy. Zawsze słychać, jakieś cichutkie dźwięki, prawda? A jak już zapadnie taka śmiertelna i złowroga cisza, to strach się bać ;P.
Chociaż mi przydałaby się czasami taka cisza. Niestety milknę głównie, kiedy mam zły dzień, coś mi się dzieje albo jestem chora ;P. W pozostałych przypadkach mówię, gadam, świergolę i nawijam jak katarynka ;P.

PS I pomyśleć tylko, że planowałam w dzisiejszym odcinku szepnąć słówko na temat mojego kosmato - futrzastego szaraczka, zwanego Borysem. No nic, może następnym razem się to uda... ^^.  



http://www.politicosdosuldabahia.com.br/v1/2013/10/24/itabuna-a-bancada-do-silencio-na-camara-de-vereadores/

środa, 20 listopada 2013

Cienie i blaski życia... babysitterki ;)

            Baby – dziecko, sit – siedzieć. Siedzieć z dzieckiem. Osoba, która siedzi z dzieckiem. Kto mądry wymyślił to słowo?! Powinna być babyrunnerka… ;P. Chyba rzadko zdarza się siedzieć, kiedy ma się pod opieką dziecko… Zależy jeszcze od wieku i osobowości, ale ogólnie dzieci nie siedzą spokojnie… I w sumie dobrze, bo to normalne, że dzieci są ciekawe świata. Że raczkują, chodzą, potem biegają. I że w zasadzie to zdrowo , że wykazują takie zainteresowania… Ale bieganie za takimi Ciekawskimi Świata bywa męczące ;)
            Lubię dzieciaki. Szczególnie obce, na chwilę i w celach zarobkowych ;] Bo dopiero, kiedy zaczęłam bawić maluchy, przekonałam się na własnej skórze, że opieka nad dzieckiem jest baaardzo wymagająca. To poświęcenie się w 100% . To 24 h na dobę troski, uwagi, cierpliwości i spokoju.
            Kiedy zaczynałam pracę jako niania, myślałam, że przeczytane książki o dzieciach i studia pedagogiczne pomogą mi i świetnie dam sobie radę. Ale nikt nie powiedział, że teoria z praktyką mają bardzo niewiele wspólnego ;)
            Czasami na nic zdawały się wyuczone porady i oklepane frazesy. Niekiedy musiałam postępować wbrew sobie, bo musiałam stosować się do zaleceń rodziców. Bywało, że nie wiedząc jak się zachować, postępowałam zgodnie z intuicją. Mogłabym się rozpisywać nad każdym aspektem roli niani. Ale teraz wyliczę tylko cienie i blaski bycia opiekunką dziecięcą ;) W tej części skupię się na cieniach. Ale raczej w zabawny sposób. Same śmieszne wydarzenia, które można podpiąć pod kategorie „Niespodziewane wyzwania”. I podzielę je na części, bo trochę tego jest ;].

            Niefortunne zabawne wydarzenia, których się nie spodziewałam, a które mi się zdarzyły :

  1. Obsmarkane plecy. Moje niestety. Nie, nie mam nosa z tyłu głowy i nie – nie miałam glutów na plecach na własne życzenie ;P. Moja podopieczna, niespełna 4 –letnia dziewczyneczka  wygłupiała się ze mną na dywanie. Dzieci lubią jak się je łaskocze, gilga, naciąga itp. Lubią też „pierdzenie” w brzuch czy inną część ciała. Wiecie chyba jak to się robi? Przytyka się usta do czyjegoś ciała i prycha. Wypuszczane powietrze wydaje odgłos, przypominający puszczanie bąka ;) Młoda chciała mi tak „pierdnąć” w plecy. Okej – pozwoliłam jej na to, więc odsłoniła mi koszulkę i przytuliła buźkę do pleców. Pech chciał, że miała katar. W momencie, gdy przytknęła nosek do mojego ciała, kichnęła, a ja poczułam coś mokrego na plecach… Uwierzcie mi, trudno jest samemu wytrzeć sobie smarki z pleców… Idąc z odsłoniętą połową ciała do łazienki, modliłam się, by w tym momencie nie nadszedł tatuś albo babcia dziecka i nie zobaczyli roznegliżowanej niani. Z kipami na plecach ;P. No cóż… ;]      
  2. Haft na dżinsach. Ehh… Nie…. Żaden motyw roślinny, żaden wyhaftowany kwiatuszek czy motylek. Haft czyli zwrócony soczek marchewkowy prosto na moje świeżo uprane, jasne dżinsy. Jeeezu… Akurat wtedy nie bawiłam, tylko odwiedzałam bawiącą kilkumiesięcznego smyka siostrę. Trzymałam go na kolanach tyłem do siebie, bo wiedziałam, że młody specjalizuje się w rzyganiu na odległość. Ani nim nie kołysałam, ani nie narabiałam… A jednak… Poczułam zdradzieckie ciepło na udzie, jakby ktoś wylał mi na nie zupę i usłyszałam złośliwy rechot mojej siostry… A mały nieszczęśnik uśmiechnął się do mnie słodko… Hmm… Nie muszę chyba mówić, że bycie obrzyganą to nic miłego… ;/ Dodatkowo nie mogłam iść od razu do domu, bo był mroźny styczeń. Na dworze był siarczysty mróz, chyba koło 20 stopni na minusie… Siostra stwierdziła, że muszę poczekać, aż trochę wyschnę, bo odmrożę sobie skórę. Wytarłam więc z grubsza tego „dziecięcego pawika” i czekałam, bawiąc się z dzieciorkiem. Siedząc z nim na dywanie wśród klocków. W dżinsach przyozdobionych plamą po niemowlęcych wymiocinach… A później szłam do domu, zakrywając plamę torebką ;P. Na szczęście spodnie się doprały, nie pozostawiając śladu po wypadku. I był to jednorazowy incydent, dzięki Bogu ;P.                                      
  3. Obśliniona bluzka. Noo, tu już nie ma się czym podniecać. Tylko ślina. Zwyczajna, mokra, lepka, dziecięca ślinka. Akurat Młody ma fazę na plucie, także w zależności od tego, gdzie uda mu się skierować nabój ślinowy, tam mam plamę. Proste ;) Niemowlęce ślinienie jest o tyle kontrolowane, że można założyć dziecku śliniaczek. No i jesteśmy narażeni jedynie na strużkę śliny, a nie na możliwość oplucia…
  4. Wylizany policzek. Jak widać, nie trzeba mieć w domu pieska, by zostać polizanym po buzi. Mój trzyletni podopieczny też lubi sobie czasem poudawać psiaka. Pół biedy kiedy szczeka bądź naśladuje chliptanie z miseczki. Gorzej, kiedy zaczyna mnie lizać. Gryźć też mu się zdarza. „Ałaaa, nie gryź!” – syczę, a on mówi słodko : „ Jestem pieskiem. Hau, hau!” i przejeżdża swoim „pieskowym” jęzorkiem po moich policzkach… Uroczo, no nie? ;]
  5. Tęcza na koszulce. Niestety w postaci tęczowych plam. Z czekolady, lodów truskawkowych, soczku pomarańczowego, zupki jarzynowej, sosu pomidorowego, trawy, błota… Wymieniać dalej? ^^ Po pewnym czasie ubierałam sprawdzony strój roboczy, w sensie komplet znoszonych ciuchów, gdy szłam na „służbę”, bo szkoda mi było zaplamionych ubrań. A czasami plamy są nieuniknione. Bo dzieci lubią się brudzić ;) Bo brudne dziecko to szczęśliwe dziecko. Niestety brudna niania jest mniej szczęśliwa, dlatego za niedługo sprawię sobie służbowy uniformek. W kolorze tęczy, żeby nie było widać kolorowych kleksów ;P.
  6. Piasek we włosach i ustach po zabawie w piaskownicy…. Noo… Nie jest tak źle. Można go wytrzepać z głowy. Można wypluć, gdy zaczyna zgrzytać między zębami. Jestem przyzwyczajona do piasku, bo szynszyle kąpią się w piaskowym pyle. Pewnego dnia, gdy leżałam na podłodze na wznak, mój pomysłowy Borysiasty wskoczył mi na odsłonięty brzuch i nasypał mi piachu do pępka ;) Nie boję się więc odrobiny piasku na głowie ;) Phi, taka tam odrobinka piasku, która sypie się z głowy jak łupież  ;).
  7. Podglądacz toaletowy. No cóż… Mogę się poczuć jak w Big Brotherze… Moi młodociani prawie zawsze towarzyszą mi podczas sikania. Z tymi maluchami to nawet wolę mieć otwarte drzwi, żeby mieć na nich oko. Czas spędzony na kibelku + mycie rąk + wycieranie ich w ręcznik to mnóstwo czasu, który maluch może spożytkować na robienie czegoś zakazanego… Niestety kiedy muszę brać ze sobą do łazienki trzylatka, słucham pytań z cyklu „ Ja mam pisioraka, a tyyy?”.
  8. Jedzenie ze mną (tzn. za mnie). Bywa, że owocki, które przynoszę ze sobą do konsumowania, zostają zjadane w większości przez dzieciaki. Moja woda również smakuje im bardziej niż wszystkie Jupiki, Pysie i Kubusie razem wzięte. Na szczęście, kiedy przynosiłam ze sobą warzywny obiadek (^^), dzieciaki uciekały, bojąc się, że będę kazała im jeść zielonego brokuła ;P.
  9. Płacz na mój widok. Eh… Kiedyś młody (3 lata) rozpłakał się na mój widok. Poczułam się jak Najgorsza Niania Roku, Dręczycielka i Sadystka w jednym ;) Ani go nie biję, ani nawet nie krzyczę, a on ryczał jak mnie zobaczył. Boże ;P Na szczęście nie chodziło o mnie, tylko o to, że Mały bał się, że niania (czyli ja) będzie z nim siedziała w domu i przestanie chodzić do przedszkola. A w przedszkolu są fajni koledzy i ekstra zabawki ;) Ufff… Może nie jestem taką złą opiekunką ;)
  10. Gaszenie światła w łazience podczas kąpieli. Kiedy leżę w wannie, rozkoszując się myślą, że dzieciak, którego bawię, leży grzecznie, czyściutki i pachnący pod pościelką z Ben 10, a nagle gaśnie mi światło… Dochodzę wtedy do wniosku, że ten słodki łobuziak jednak wcale nie śpi, a ja jestem w wannie w ciemnej łazience… Wrr…  Mediacje przez drzwi nic nie dają. Prośby, groźby i próby przekupstwa nie skutkują, a wychodzenie z łazienki w ręczniku i zaświecenie światła byłoby bez sensu, bo kiedy wróciłabym do wanny, dzieciak ponownie zgasiłby światło (kontakt był na korytarzu).
            Wtedy warto użyć latarki w telefonie i wmawiając sobie, że blady blask światła, promieniujący z komórki, nadaje kąpieli „romantycznego” i „klimatycznego” nastroju, a wylegiwanie się w pachnącej pianie będzie na tyle relaksujące, że po wyjściu z zaparowanej łazienki nie udusimy młodocianego ręcznikiem…



PS Na dziś tyle. Żeby nie było, że się rozwlekam, żeby nie było, że opisuję głupoty dnia codziennego ;P. W zanadrzu mam jeszcze trochę cieni i blasków, więc rozpoczynam Cykl Opowieści Niani.

http://www.hamptonsbabysitters.com/join-our-team/
 


środa, 6 listopada 2013

Seria Niefotrunnych Zdarzeń ;)



            Czy ja kiedykolwiek twierdziłam, że lubię letnie prysznice? Czy chwaliłam się, że leję się naprzemiennie gorącą i zimną wodą? Czy narzekałam na wrzątek, lejący się z kurka w moim mieszkanku? Czy skarżyłam się na parujące włosy? Cofam, cofam, cofam! Backspace!!!
            Dziś miałam wolną chwilę między zajęciami, a japońskim, więc jak to ja – wykorzystałam czas jak się da. Na pierwszy ogień – ćwiczenia. Killerek. No, nie powiem. Trochę się zmęczyłam. Czerwień mojej twarzy była najlepszym tego potwierdzeniem. Ale to nic. Powzdychałam, postękałam (pozdrawiam przechodniów na ul. Ks Jałowego, którzy przechodzili pod moim otwartym oknem. Jestem tylko fanką ćwiczeń Ewy Chodakowskiej, nie nimfomanką ;P), odsapnęłam przy laptopku. Pisząc oczywiście ;] Oczywiście same wzniosłe i ważne rzeczy… Stwierdziłam, że ochłonęłam nieco i wyglądam w miarę jak człowiek, więc jeśli spotkam którąś z dziewczyn na korytarzu, to się nie przestraszą. Zabrałam ręczniki i heja – do kąpieli. Przygotowałam pachnący żelik pod prysznic. Trawa cytrynowa z „rozpieszczającymi perełkami”. Więc zaczęłam rozpieszczanie. Już dawno zrezygnowałam z napełniania wanny wodą, bo albo stopy mi siniały z zimna, albo podskakiwałam w kucki, bo była za gorąca. 
Puszczam wodę, puszczam… Trochę za chłodna, ale, ale… Już robi się przyjemnie ciepła. Więc zlewam się z radością, prawie jak słoń, który z rozkoszną miną unosi majestatycznie swą miękką trąbę i spuszcza na siebie strumień wody. Polałam się już cała, więc metodycznie namydlam całe ciało. Żel rzeczywiście pachnie cudnie. Drobinki faktycznie rozpieszczają. Nakładam orzeźwiający szampon. Włosy toną w pianie. „Och, jak przyjemnie” – chcę powiedzieć. Ale nie mówię, bo wiem, że nie wolno. Dlaczego?
Kiedyś, będąc na odkrytym basenie w Brzozowie, zachęcona radosnymi piskami, weszłam do… Hm… Jak by to opisać? Do takiej okrągłej bali, gdzie robi się fale ;P Ludzie stają naprzeciw siebie i skacząc, wywołują fale. Ci stojący z drugiej strony też muszą podskoczyć, żeby ich nie zalało. Weszłam tam i cieszę. Hop, hop, hop. Jak na skakance ;) Tylko bardziej mokro. Uchachana wołam „Ale fajnie!!!” i w tej chwili gość stojący vis a vis robi TAKĄ falę, że mnie podtapia. Próbuję zaczerpnąć powietrza, ale łykam tylko więcej wody. Krztuszę się potrójnie, a może i poczwórnie. Wreszcie łapię się kurczowo ściany całej tej „bali”. Wiszę na niej jak Simba, kiedy uciekał przed stadem antylop. Kojarzycie tę scenę? No właśnie... Tylko, że Simba nie pluł wtedy i nie łapał powietrza jak złota rybka wyjęta z wody. Ale okej. Pokaszlałam o mało nie wypluwając płuc. Oczy prawie wyszły mi na wierch. Ale jakoś doszłam do siebie. Jakiś miły starszy pan spytał, czy dobrze się czuję. Skinęłam twierdząco głową i wychrypiałam „taaak”, słabym głosikiem. GośćKtóryMiToZrobił z szelmowskim uśmieszkiem pyta: „I co, dalej fajnie?”. Popatrzyłam na niego morderczym wzrokiem. Uniosłam dumnie podbródek. „Fajnie” - mówię na przekór Złośliwcowi. Ale od tego momentu trzymałam ręce po bokach tak, bym koniuszkami palców zdołała zaczepić o ściankę. Skakałam beztrosko, a jak czułam, że idzie duża fala, wyskakiwałam na ściankę jak foczka na oblodzony brzeg…
            To tylko taka mała dygresja… Wracając do łazienkowych harców… Pomyślałam „Ach, jak przyjemnie”. I teraz już wiem, że myśli też mają moc sprawczą! Myśleć TEŻ nie wolno! A przynajmniej nie powinno się. Stwierdziłam, że chętnie spłuczę już z siebie tę pachnącą piankę. Puszczam wodę. Zimna, zimna, zimna. Kurde, co jest – lodowata! Przecież miała się stopniowo ogrzewać! Czekam, szczękając zębami i licząc na to, że za chwilę z rur puści się wrzątek. Niestety. Wrzątku ani widu ani słychu. Puściłam jeszcze trochę wody, ale po chwili zwątpiłam. Stwierdziłam, że wyjdzie nam horrendalny rachunek za wodę. Polałam się więc zimną wodą. Tzn. na początku była tylko zimna. Potem stopniowo lodowaciała. Zmyłam z głowy piankową czapkę, z roztkliwieniem wspominając, jak przyjemny i rozgrzewający wrzątek sprawiał, iż moja czuprynka aż parowała ze szczęścia… Ach, jak ja wtedy marzyłam o tym ukropie… Jednak człowiek ma to do siebie, że szybko się przyzwyczaja. W końcu przestały mi przeszkadzać strumienie zimnej wody, spływające po karku. Spłukałam się na szybko, wyskoczyłam z wanny. Zawinęłam się w duży ręcznik, z małego zrobiłam turban na głowę. Wyleciałam z łazienki, jakby mnie goniło stado kosmatych pająków i śmignęłam boso do pokoju. 
Jak ciepło! Jak miło! Wycieram się ręcznikiem. Trę, trę, trę, aż trzeszczy. Ubieram miękkie, cieplusie pantofelki. W granatowo – białe paski z kokardką. Jak milutko grzeją zziębnięte stópki! Zarzucam na siebie polarkowy szlafroczek. Jaki milusi. Jaki mięciusi. Na to kocyk, w kolorowe groszki. Odpalam suszarkę. Jaki przyjemny strumień ciepła! Już czuję jak rozgrzewa przymarznięte cebulki włosów…  Patrzę na siebie – wyglądam jak przebieraniec. Paski, kropki, serduszka… Jakbym miała czapkę w gwiazdki, to z pewnością też bym ją przywdziała na głowę.  Żałuję nawet, że nie mam w szufladzie majtek z golfem, bo byłabym skłonna i je ubrać.To jest dopiero akcja - desperacja! ^^. Ubieram się. Wysuszona, ogrzana i zadowolona, siadam do laptopa. Stuk, stuk w klawiaturę. Jest mi ciepło. Jest mi dobrze. Zajęta pisaniem nie myślę o przyziemnych sprawach.
            Na ziemię sprowadza mnie dopiero głośny protest pustego żołądka. No tak – śniadanie może i było obfite, ale o 7 rano. Odchodzę więc od komputera. Wyciągam czarno biały garnek w kropki. W nim warzywne leczo. Sama robiłam. Kolorowe papryki, mięsiste pomidory. Mam jeszcze ugotowany brązowy ryż. Przełykam głośno ślinkę. Mniam, mniam. Postawiłam garnek na gazie, otwieram pudełeczko zapałek. Puste. Poza dwiema spalonymi zapałeczkami. No nic, szukam zapałek. Po szafkach, półkach, szufladach. W spiżarce też nie ma. Miotam się między meblami. Lipa. W akcie desperacji pukam do sąsiadek – też studentek. Może mają zapałki… Cisza. Nie ma nikogo. Wrrr… Wracam do mieszkania. Wygrzebuję z szafki gotową zupkę w proszku. Niby warzywna, niby wegetariańska. Z zielonego sklepu. Gotuję wodę w czajniku. Elektrycznym. Wysypuję połowę makaronu do miseczki. Patrzę na niego podejrzliwie. Opróżniam woreczek z przyprawami. Hmm… Wege, nie wege, mi to trąci sztucznością... Kręcąc nosem, zalewam zupkę. Niosę miskę na stół. Mieszam, mieszam. Robiąc minę, jak Simba (^^), którego Timon poczęstował robakiem, siorbię pierwszą łyżkę. Cedzę ją przez zęby. E, dobre! Wiosłuję łyżką. Hoho! Co z tego, że smakuje jak warzywny rosołek z kostki. Ale za to jaki makaronik! Jak przyjemnie ciepła ciecz spływa przez przełyk do wygłodniałego żołądka. Pycha, po prostu pycha! Wybacz Mamo – Świetna Kucharko. Wybacz Ciociu Specjalistko Od Zup. Zajadam zupkę PrawieJakChińską i smakuje mi, jak nie wiem co. Wytrąbiłam całą miskę. No, nic. Pójdę po te nieszczęsne zapałki. Sklep w sumie niedaleko. Na zewnątrz leje jak z cebra, ale co tam. Futrzasty kaptur na głowę, portfel, klucze, komórka – jestem zorganizowana jak nigdy. Biegnę do "Zielonego Jabłuszka" po zapałki. Kupuję na zapas całą, wielką pakę dziesięciu pudełeczek. Wracam do mieszkania. Podgrzewam leczo, mieszając je drewnianą łyżką. Hm, hm… Jaka zieloniutka cukinia! Jaka pomarańczowa papryczka! I żółta… Rewelacja ;]. Mieszam, mieszam. Powinno zakipieć, bo garnek z obiadkiem stoi już od dwóch dni w lodówce… Bąbelki są? Są. Przelewam jedzenie do miseczki. Kolorowe, aromatyczne, jesienne danie. Chwytam za łyżkę. Pycha – niebo w gębie. Jędrne warzywa, dobrze dobrane przyprawy. Danie smacznie wygląda, jest kolorowe jak jesienne liście. Zjadam kilka łyżek i stwierdzam, że już nie mogę. Brzuch zapełniony zupką. Z torebki. Ale to nic... Będzie obiad na jutro ;)
            Z tego wszystkiego aż się bałam jechać na japoński. Czy wykorzystałam już limit pecha na dziś? A może lodowata woda i brak zapałek to dopiero początek Niefortunnej Serii Zdarzeń? Ale nic – zabieram parasolkę w barwne motyle i gonię na MKS. Oczywiście muszę trochę poczekać, bo korek. Stoję w miejscu i tuptam nogami. Przyjechał. Ufff… 
            Siedzę sobie wygodnie. Cieplusio, milusio. Odpalam muzykę przez słuchawki. Jestem zadowolona, syta, uśmiechnięta. W połowie drogi na Zalesie dzwoni mój telefon. Kolega, który niedawno wrócił zza granicy. Rozmawiamy, śmiejemy, choć jakość rozmowy w miejskiej komunikacji jest średnia. W końcu mówię do znajomego, że fajnie byłoby się spotkać i pytam, kiedy przyjedzie do Leska. Prosi, żeby powtórzyć, bo coś zakłóca. Powtarzam : „ Kiedy będziesz w Lesku?”. Dalej nie rozumie. Prosi o replay. „Kiedy pofatygujesz się do Leska?”. „Coś mi przerywa, możesz jeszcze raz…?”. „Kiedy zobaczymy się w Lesku?” – mówię, śmiejąc się. „Wiesz, wyszedłem właśnie z basenu, bo tu coś zasięgu nie było. Możesz powiedzieć jeszcze raz? Teraz na pewno usłyszę”. Kiedy po raz n-ty pytam, kiedy odwiedzi moje rodzinne miasto, jestem prawie w 100% pewna, że połowa pasażerów już wie, gdzie mieszkam… :P. Gadamy jeszcze przez chwilę, śmiejemy się. Reszta drogi upływa spokojnie. Na japoński docieram na czas. Jest miło, przyjemnie, zabawnie. Odprężam się. Wracam do mieszkania, rozbieram się, zaczynam robić sobie kolację. Przychodzi właściciel z narzędziami. Obiecał nam naprawić kurki. Jem kisiel morelowy, jabłka i pomarańczę. Reszta dnia upływa mi nadzwyczaj spokojnie. Spokojny, przewidywalny wieczór.
Mam nadzieję, że po wysłaniu tego wpisu w świat, nic się nie zmieni i że od tej chwile będę miała tylko szczęście.
 
Teraz tak sobie myślę, jak to niewiele człowiekowi  potrzeba do szczęścia. I jak się można sfrustrować, kiedy zabraknie podstawowych udogodnień. Bo co to jest - ciepła woda i zapałki za parę groszy? Ale jak tego braknie, dopiero wtedy docenia się, jak przyjemna jest gorąca kąpiel z bąbelkami i jak wspaniale smakuje ciepły domowy obiadek.

PS A Wam wszystkim życzę, żebyście zawsze mieli ciepłą wodę w kranie ;) Szczególnie, kiedy macie na sobie niespłukany żel (najlepiej taki rozpieszczający ;P) i pianę na głowie. I jeszcze życzę, żeby nigdy nie zabrakło Wam zapałek, kiedy język ucieka Wam za przeproszeniem do du… ;] 

http://www.obrazki.jeja.pl/10805,zmarzniety-garfield.html




http://www.tapeta-zapalki-serduszko.na-pulpit.com/