...

...
M.

poniedziałek, 12 maja 2014

Mrrrau! Czyli pół żartem, pół serio o... (przeczytajcie to się dowiecie^^) 2 ;]



      Jeśli ktoś wszedł tu, bo zaciekawiła go moja obandażowana dłoń, powinien najpierw przeczytać część pierwszą, gdyż może się czuć ciut niedoinformowany.

 http://little-misss-naughty.blogspot.com/2014/05/mrrrrau-czyli-po-zartem-po-serio-o.html

                                                                              ***
     Rano obudziłam się wpół do siódmej, czyli godzinę przed budzikiem. Złapałam paru kosmitów, pacnęłam kilka krecików w łeb... Nie, nie. Jeszcze nie sfiksowałam. Grałam w łóżku w gierkę na refleks (taką badziewną, gdzie trzeba palcem dotknąć świecący się łepek kreta) i ćwiczyłam pamięć i koncentrację w grze Brain Champ. Ta gra to jedna z niewielu gadżetów w mojej zwyczajnej Nokii. I jedna z niewielu rzeczy, które robię na telefonie oprócz dzwonienia i pisania, bo przypominam, że do tego w zasadzie powinien służyć telefon. Następnie wstałam i sprzątnęłam dowody zbrodni (bandaże, karteczkę, jak trafić na pogotowie...), żeby rodzice nie dowiedzieli się o tym incydencie. Następnie wykonałam 19 telefonów (nie wszystkie połączenia zostały odebrane). Ul. Warzywna w Rzeszowie. Medicor. Palomed. Szpital w Sanoku. Szpital w Łańcucie... 
Właściwie to nikt nie potrafił mi powiedzieć, co powinnam robić i gdzie mam się zgłosić ;). Dowiedziałam się tylko, że mogę:
a)      poszukać kota (i spytać go "Hej, kiciuś, masz wściekliznę?" )
b)      poszukać właścicieli kota (i spytać, czy kot był szczepiony),
c)      poszukać właścicieli kota i zawiadomić weta, by wziął futrzaka na obserwację,
d)      popytać sąsiadów, czy nie znają właścicieli kota (czyli coś z serii Ktokolwiek Widział, Ktokolwiek Wie)
e)      zaszczepić się na wściekliznę (Gdzie? Mogę wrócić do domu i tam przyjąć szczepionkę? Po rozpoczęciu kuracji muszę kontynuować terapię w jednym miejscu, skoro studiuję? Kiedy mam się zaszczepić? Jak najszybciej czy mogę odczekać jakiś czas? Zgadnijcie, ile osób odpowiedziało mi na to pytanie... Zero...)

- uśmiechnięta i zadowolona przywitałam rodziców w drzwiach. No cóż. Miałam jechać na testy sama. Ale mój tato stwierdził, że skoro ma wolne, może mnie eskortować do Zaczernia. Hm. Nie wiem, czy ma mnie za takiego gamonia, czy tak się o mnie troszczy, czy może dostał andropauzy i mu odbiło ;P. W każdym razie nie chciałam się z nim kłócić („Ale ja już znalazłam MKSa”. „Ale ja już wiem, jak tam dojechać.” „Ale mogę jechać sama”), więc razem z mamą (nie wiem, co oni potrafią robić bez siebie… chyba tylko czynności fizjologiczne ;P) pojechaliśmy do Zaczernia,

- na test poszłam zrelaksowana i wyluzowana. Zadania potraktowałam jako rozrywkę dla umysłu, a rozmowę jak niezobowiązującą pogawędkę. Odpowiadałam intuicyjnie i zgodnie z prawdą. Zero stresu. Zero drżącego głosu. Zero spoconych dłoni.

Najgorsze miało być po teście ;P. Jak ja im to powiem? 
Po wyjściu z budynku Policji, wróciłam do samochodu i spytałam :
„Wolicie jechać do Łańcuta na wycieczkę czy szukać kota w Rzeszowie?”
Oboje wytrzeszczyli oczy. Streściłam pokrótce całą tę historię. Tato zareagował dość gwałtownie i nie tak, jak tego oczekiwałam. Zamiast wykazać inicjatywę i zacząć działać, on zaczął marudzić „Po co głaskałaś tego kota?”. „Dlaczego go głaskałaś?”. „Musiałaś go pogłaskać?”. „Ale powiedz mi, po co go dotykałaś?” i tak w kółko… Jakby to coś zmieniło...
Potem była dalsza seria telefonów. Do ordynatorki szpitala w Sanoku. Ponownie na Warzywną. Znów do Łańcuta…

      Ostatecznie pojechaliśmy do Łańcuta. Nie wiedzieliśmy gdzie jest szpital, ale popytałam paru przechodniów o drogę. Wreszcie jest. Szpital im. Michała Archanioła. Znaleźliśmy Oddział Zakaźny. Miła pielęgniarka wzięła mnie w obroty. Wypełniła mnóstwo papierków. Wypytała mnie o stan cywilny, pesel, miejsce zamieszkania, miejsce stacjonowania na studiach… Musiałam opowiedzieć gdzie i kiedy zostałam pokąsana przez kota. Dostałam szczepionkę w lewę ramię, dostałam karteczkę z datami, kiedy mam wziąć kolejne 4 porcje leku i dostałam pozwolenie, by jechać do domu.

Podsumowując:

- nie głaskajcie obcych kotów, psów, wiewiórek i innych futrzaków,

- jeśli karmicie bezdomnego zwierzaka, to jak mówił lekarz – w rękawiczkach. Bo nie znamy go i nie wiemy, jak się zachowa, kiedy poczuje się zagrożony/ wkurzony/ sfrustrowany, lub gdy najdzie go ochota, by zapewnić komuś rozrywkę w postaci pięciokrotnego kursowania do szpitala na szczepienie ochronne,

- jeśli cosik nas ugryzie (nie komar i nie pająk) – jedziemy na pogotowie. Szczepienia można wykonać tylko w Poradni/ na Oddziale Zakaźnym. Czyli czeka Was jazda do Sanoka/ Łańcuta (dla osób z moich okolic ;]). Szczepionki są bardzo drogie (ha, a ja będę ich miała w sobie pięć dawek Od razu moja wartość wzrośnie), więc nie ma ich w każdej placówce medycznej.

Poza tym:

- w ciągu dwóch dni wykonałam ponad 30 telefonów (i nie – nie do rodziny i znajomych. Higienistka, pielęgniarka, szpitale, kliniki, weterynarz…)

- niezliczoną ilość razy mówiłam „Dzień dobry, nazywam się M… K…”, podawałam pesel, adres i numer telefonu,

- niezliczoną ilość razy mówiłam „Dziękuję za informację” - zrezygnowanym bądź „Dziękuję bardzo za pomoc” – radosnym tonem,

- historię o kocie opowiedziałam chyba milion razy (recepcjonistki, pielęgniarki, lekarze, rodzina, znajomi, współlokatorki, chłopak…),

- jak ktoś powie do mnie „kotku”, przestanę się do niego odzywać ;P.

Tak więc, gdyby ktoś z Was:

a) szukał adrenaliny (Ugryzie mnie czy nie? Zarażę się, czy nie? Umrę, czy nie?),

b) nudził się i szukał zajęcia (dzwonienie, szukanie, umawianie się, jeżdżenie na zastrzyki...),

c) lubił ryzyko (wścieklizna - brak wścieklizny; fifty - fifty),

 ...niech głaszcze obce zwierzaki. Ale jeśli nie chcecie całej tej jazdy bez trzymanki - unikajcie kontaktu z nieznanymi futrzakami. Niby każdy wie, że mogą być potencjalnymi nosicielami wścieklizny. Niby wszyscy zdają sobie sprawę, że wścieklizna to wyrok śmierci, bo jest nieuleczalna, ale i tak niektórzy z nas karmią i głaszczą bezdomne kotki, prawda? ;). 
         Na Wiki wyczytałam, że dotychczas udało się uratować jedną osobę chorą na wściekliznę. Była to 15 - letnia dziewczyna, którą wprowadzono w stan śpiączki i podawano jej leki przeciwwirusowe. Potem próbowano tego sposobu na innych chorych, ale nie zadziałał.
No cóż... ;] Dobrze, że są szczepionki, prawda? A ja mam lekcję życia. I odpowiedzialności. Nauczyłam się na swoich błędach, Wy lepiej nie powtarzajcie mojej głupoty ;).


  
PS Grafik na ten tydzień też wygląda imponująco, ale proszę, proszę, niech to będzie zwyczajny do bólu tydzień. Może być nawet nudny (choć na pewno taki nie będzie), ale niech nic się nie dzieje. Proooszę ;) ^^.


sobota, 10 maja 2014

Mrrrrau! Czyli pół żartem, pół serio o... (przeczytajcie, to się dowiecie ;P)



                                                               
         Kiedy w niedzielę wieczorem zawitałam do Rzeszowa, wiedziałam, że to będzie ciekawy tydzień. Miałam masę zajęć i załatwień. Niestety pewnych rzeczy się nie spodziewałam…. Co wydarzyło się w tym tygodniu? Och. Całkiem spor.

To, co było przewidziane i to co zrobiłam według planu:

- zadzwoniłam do Sanoka w sprawie konferencji (30 maj „Dziecko w świecie mediów”). Chciałam dopytać, czy jeśli jestem niepijąca kawy, niejedząca ciastek i odmawiająca spożywania mięsa, to czy mam wnosić opłatę konferencyjną za kawę, ciastka i obiad. W sumie nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na to pytanie, ale okej.

- wypełniłam i wysłałam swoje zgłoszenie na wyżej wymienioną konferencję, 

- ściągnęłam, druknęłam, wypełniłam, podbiłam w Dziekanacie, zeskanowałam i wysłałam formularz na szkolenie w Lublinie ( 20 – 23 maj, doradztwo zawodowe). Mam nadzieję, że uda mi się tam dostać. Nigdy nie byłam w tamtych okolicach, no i temat warsztatów brzmi zachęcająco,

- umówiłam się do chirurga naczyniowego (na przyszły tydzień),

- umówiłam się na test psychologiczny do Policji z Zaczerniu (na piątek),

- byłam na kursie wizażu (czwartek, piątek), na którym zachwycano się moją gładką i marchewkową cerą (^^), gdzie poznałam fajne, sympatyczne dziewczyny i gdzie zostałam dorwana w szpony specjalistek od makijażu. Po raz pierwszy w życiu zostałam tak wymalowana. W dodatku „wieczorowo” .Hm. Mam być szczera? Wyglądałam… ładnie… Ale – wolę siebie au naturel ;]. Dobrze wytuszowane rzęsy w zupełności mi wystarczą. Nawet z „lekkim” podkładem, czułam się inaczej. A jak już doszły cienie, pudry i NieWiemJakieInneMazidła – poczułam się strasznie przytłoczona ich nadmiarem. No i mój W. też stwierdził, że woli jak moje powieki nie błyszczą się jak brokatowa bombka na choinkę. Poza tym dziwnie się czułam, idąc ulicą. Kiedy szłam na kurs, miałam tylko pomalowane oczy. Jedyną dodatkową ozdobą był uśmiech i truskawkowe kolczyki. Wracając – czułam się jak pstrokata pisanka. Choć według dziewczyn makijaż był delikatny, ja czułam się wypindrzona. A delikatnie to się poczułam, jak zmyłam z siebie wszystkie warstwy mleczek, baz, podkładów i pudrów. To tyle w tym temacie, że nowoczesne pudry i fluidy są oddychające…

To, czego się nie spodziewałam, a co się wydarzyło:

- nie poszłam na juwenalia, bo następnego dnia miałam test u psychologa. A wiadomo – nieprzespana noc, zmęczenie, tłum podpitych studentów… To było rozsądne myślenie, prawda? Rozsądek podpowiedział mi też, żebym się zrelaksowała. Postanowiłam więc wybrać się na wieczorną przebieżkę. I znów – odpowiednio dobrane buty. Rozgrzewka. Zabranie kluczy. Napisanie chłopakowi eska, że idę biegać. Wzięcie ze sobą koleżanki z mieszkania… No właśnie. Zwykle biegam sama. Chyba, że się do kogoś doczepię. Tym razem pobiegłam z A. stałą trasą Jałowy – Centrum Snu. 
            W drodze powrotnej A. trochę się zmęczyła (choć w sumie ja też byłam lekko zdyszana). więc przeszłyśmy do spaceru. Kiedy na naszej drodze pojawił się kudłaty szaro -  biały kociak, nie wyczułam żadnego zagrożenia. Nie poczułam go też, gdy kociak zaczął się do nas łasić. Po babsku zaczęłyśmy się roztkliwiać, że jest słodki i cudowny i pochyliłyśmy się, żeby go pozimiać. Głaskałyśmy go w najlepsze, kiedy w momencie, gdy mówiłam do współlokatorki „Uważaj, żeby Cię nie podrapał”…

- poczułam, jak ostre niczym szpilki ząbki kiciusia zaciskają się na mojej prawej dłoni.

- zachowując zimną krew wróciłyśmy do mieszkania. Zadzwoniłam do znajomej higienistki, ona do córki pielęgniarki. Kazały dzwonić na pogotowie. Wykręciłam 999, porozmawiałam z bardzo kompetentną i konkretną babką („Czy doszło do przerwania ciągłości skóry? Czy są ślady? Czy rana krwawi? Czy kot był pani znany?”), dowiedziałam się, że mam szybko zgłosić się na pogotowie chirurgiczne, więc…

- … spytałam A. czy ma ochotę potowarzyszyć mi w spacerku na pogotowie i ruszyłyśmy na Jagiellońską. W sumie w szpitalu ludzie trochę dziwnie na nas patrzyli. Obie normalnie wyglądające, nie powłóczące nogami, nie kulejące, nie kuśtykające, nie krzywiące się z bólu. Zadowolone, uśmiechnięte. Plus mój strój – różowo szare sportowe adidaski, czarne dresy, niebieska koszulka ze Smurfem (zdążyłam tylko przebrać przepoconą koszulkę, zanim poszłyśmy na izbę przyjęć…), zielona bluza (pierwsza lepsza zdjęta z półki) i torebka na ramieniu. Poza tym…

- na korytarzu panowała strasznie nerwowa atmosfera i ludzie byliby w stanie wydrapać drugiej osobie oczy za miejsce w kolejce. Kiedy zadzwonił do mnie mój chłopak, stałam właśnie na poczekalni. Nie powiedziałam mu gdzie jestem, uspokajając go tylko, że „Tak, skończyłam już biegać” (co by się nie martwił, że jest po 22, a ja się szwendam po ulicy. W końcu byłam całkiem bezpieczna na pogotowiu… ),

- w pokoju nr 13, moje dwa odbite kocie ząbki zostały przemyte wodą utlenioną (w mieszkaniu też to zrobiłam), zdezynfekowane Octaniseptem, zawinięte gazą z Rivanolem i bandażem, a prawe ramię ukłute zastrzykiem przeciwko tężcowi,

- dostałam skierowanie do Poradni Chorób Zakaźnych  („rana kąsana prawej dłoni przez kota nieznanego”) i wróciłyśmy z A. do mieszkania. Odwiązałam rękę, wykąpałam się, zadzwoniłam do W. (zero słowa o tym, co się stało), z pomocą koleżanki ponownie zawinęłam dłoń w bandaż, przez godzinkę czytałam książkę, a po 23 – tej poszłam spać,

- koło pierwszej obudził mnie dźwięk domofonu. Ktoś wciskał go raz po raz, następnie dzwonił przeciągle, a na koniec wydzwaniał melodyjkę, która pewnie sprawiłaby, że się uśmiechnę, gdyby nie to, że :

a) spałam,

b) pół wieczoru spędziłam na pogotowiu,

c) następnego dnia miałam mieć Multiselect i rozmowę z psychologiem…

- wychyliłam się z okna, żeby odpierdzielić śmiałka, który odważył się przerywać mój sen, ale okazało się, że…

-… to tylko koleżanka moich współlokatorek, która przyjechała do nich na juwenalia, zapomniała kluczy. Naburmuszona otworzyłam biednej sierotce i sama jako jeszcze biedniejsza sierotka walnęłam się do łóżka…

PS Okej. Na dziś tyle Dalsza część tej opowieści jest już napisana, więc w odpowiednim czasie (co by wzbudzić w Was trochę emocji) dowiecie się jej zakończenia.
A jeśli myślicie, że bieganie po pogotowiu, bo chapsnął mnie kotek jest przesadą, to poczytajcie co nieco o wściekliźnie, która jest nieuleczalna i kończy się śmiercią...


 
http://www.pcchz.pl/index.php?ID=64


 
http://www.likely.pl/zdjecie/636795/kotek-ze-slicznymi-oczami

wtorek, 6 maja 2014

Za...ziąbisty ziąb ;P ;]



             Rzeszów przywitał mnie zimnym mieszkaniem, zimną łazienką i zimnem na zewnątrz. Brrr… To ciekawe. Zima była można by rzec ciepła. Nie pamiętam, żeby mróz utrzymywał się jakoś specjalnie długo. Święta wcale nie były białe. No i przez cały sezon grzewczy było tak ciepło, że zarówno ja, jak i moja współlokatorka, spałyśmy tylko pod kocami. Teraz przeprosiłyśmy się z kołdrą. Ba – z kołdrą, kołderką i kocem – w moim przypadku, z kołdrą i dwoma kocami w przypadku J. ;P. Gdybyśmy miały pierzyny, pewnie też zrobiłybyśmy z nich użytek. Śniadanie jadłam w dresach naciągniętych na piżamę, okudana w szlafrok i owinięta w  koc. Ledwo byłam w stanie wyciągać ręce, żeby wkładać jedzenie do ust. Siedząc przy biurku, owijam się zwojami koca. Na szczęście kocyk jest w kolorowe groszki, więc nie wyglądam jak Arabka. No i głowy też nie zakrywam, żeby J. nie pomyślała, że całkiem ześwirowałam.
            Pogoda na zewnątrz trochę się poprawiła i jest już w miarę słonecznie. Nie oznacza to jednak, że jest ciepło i wciąż nie rozstaję się ani z bluzą ani z wiatrówką, patrząc jak na wariatów na ludzi, którzy paradują w krótkich rękawkach… Wczoraj chciałam pobiegać. Dla rozgrzewki, dla formy. Niestety po zrobieniu małego kółka po parku, straciłam czucie w stopach i zaczęło boleć mnie gardło. Pobiegłam jeszcze kawałek, ale czułam taki sakramencki chłód, że nie dałam rady. Powietrze było tak przenikliwie zimne, jakby miało sypnąć śniegiem albo zmrozić naszą planetę (Może nie powinnam była oglądać „Pojutrze” . Teraz będę sobie wkręcać Bóg wie co). Nie dokończywszy przebieżki, wróciłam do mieszkania z podkulonym ogonem. Tzn. właściwie to podkuliłam nogi (pod kocem, tradycyjnie) i wlewałam w siebie ciepłego rooibosa, siedząc na łóżku.
            Kąpiel też była średnio fajna. Woda, choć gorąca, nie dawała ciepła, bo w łazience było zimno jak w psiarni. Nie jestem zmarzluchem. Lubię mieć w pokoju tak do 17-18 stopni. Wtedy czuję się najlepiej. Jak ćwiczę, może być nawet 15. Ale teraz jest taki chłód, że musiałabym ćwiczyć non stop, żeby nie przymarzać do krzesła. Jeszcze trochę, a zacznę widzieć wydychane obłoczki pary. Dobrze, że mam szafkę pełną różniastych herbat. Dzięki temu co chwilę odpalam czajnik i zaparzam nowy gorący napój, na którym grzeję gardło i ręce.
            A poza zimnem? Wczoraj chciałam umówić się na wizytę do chirurga naczyniowego. Jednak nie będę czekać do stycznia… I nie chodzi bynajmniej o to, że znamię pogrubia mi udo (^^), a o to, że często jest tkliwe i bolesne… Wykręcałam raz po raz numer kliniki, ale za cholerę nie mogłam się dodzwonić. Kiedy mi się udało, wredna pani powiedziała równie wrednym głosikiem, że „Rejestracja jest czynna od dziewiątej do piętnastej”. Wrrr… Skoro już odebrała to chyba mogła mnie umówić, czy nie? ;P. Zwłaszcza, że było tuż po trzeciej… ;/. I mogła też być ciut milsza. W końcu płacą jej za to, że odbiera telefony i umawia ludzi.... Nie cierpię osób, które warczą na klientów. Wyrzuciłabym takiego pracownika i przyjęła kogoś, kto będzie wdzięczny, że pracuje ;]. Gdyby chodziło o coś innego, dawno zabrałabym wiaderko i poszła się bawić od innej piaskownicy, ale nie będę jeździć po mieście, szukając odpowiedniej kliniki, skoro mam ją prawie vis a vis miejsca zamieszkania… Dziś pofatygowałam się i poszłam tam osobiście. Na szczęście w rejestracji była inna kobieta, w dodatku strasznie miła. Jak powiedziała mi, że wizyta z USG kosztuje 240 zł, to mało nie spadłam z wrażenia, ale jak mrugnęła i podała mi namiary do „ludzkiego” lekarza, który tak nie zdziera, poczułam się trochę lepiej.
            Dziś miałam prezentację na angielskim i oprócz tego, że trzęsły mi się ręce i plątał mi się jęzor, było całkiem okej ;). Dziewczynom chyba najbardziej podobało się to, że zamiast pytań do dyskusji, puściłam im teledysk „Happy Rzeszów” . Zrobiło się dość wesoło i powiało optymizmem, więc osiągnęłam swój efekt. O czym mogłabym mówić, jak nie o tym, żeby dużo się śmiać, cieszyć się z małych rzeczy i być optymistą?. Optymistyczne dziś było też to, że wymieniłam sobie słodkości i uprzejmości z portierem i panią z Dziekanatu (niewiarygodne, ale na mojej uczelni jest bardzo miła, bardzo konkretna i bardzo poinformowana pani) i zgrzeszyłam szarlotką z rabarbarem. Ale to tylko dlatego, że lustro w przymierzalni było jakieś korzystne i wyglądałam w nim całkiem całkiem, więc mogłam się skusić. No i W. nawinął mi na uszy tę szarlotkę przez weekend, co poskutkowało tym, że idąc koło kawiarni prawie ośliniłam drzwi, zza których pachniało cukrem i cynamonem.



PS Teraz będę musiała wykazać się silną wolą, przechodząc koło kawiarenki, gdzie czekają jeszcze muffinki z truskawkami, śliwką, jabłkami i orzechami… Tfu. Co ja mówię… Teraz to muszę zmobilizować pupsko, żeby biegać ;P.
http://milosc-w-naszych-czasach-nie-istnieje.bloog.pl/?smoybbtticaid=612ad5