...

...
M.

sobota, 28 lutego 2015

Z założonymi nogami ;P

Lubię, jak tu wchodzicie.
Nawet, jeśli nie ma nic nowego :D.
To od razu motywuje mnie do pisania.
Nawet, jeśli nie mam na to czasu ;D.

Wczoraj wieczorem wróciłam do domu.
O dziwo o całkiem przyzwoitej porze, gdzieś przed dwudziestą ;].
Udało mi się, że kierowca z którym jechałam, podjechał po mnie pod Promar, więc zaraz po pracy mogłam jechać do domu.
Minusem było to, że idąc do pracy musiałam wlec się między blokami z laptopem i torbą ;P.
Tym razem wzięłam jednak torbę na kółkach, więc nie obtarłam sobie szyi, za to turkotałam radośnie kółeczkami po betonie i miałam wrażenie, że ten dźwięk wprawia w wibracje wszystkie szyby w blokach ;D ;P.
Po pracy przebrałam służbową koszulę w gwiazdki na sportową bluzę i poszłam pakować swoje klamoty do bagażnika.
Całą drogę do domu oczywiście przespałam.
Nie dość, że strasznie lubię spać w trasie, to jeszcze ostatnią noc przewierciłam się na łóżku.
(Wszystko przez to, że pochwaliłam się przyjaciółce, że od dwóch tygodni zasypiam bez środków nasennych i że nie mam już żaaadnych problemów ze snem ;P).
Przebudziłam się parę razy, żeby nieprzytomnym spojrzeniem powodzić oczami po mijanych tabliczkach z kolejnymi miejscowościami i znów wpadałam w śpiączkę podróżnych, opierając rękę na szybie, a brodę na pasie bezpieczeństwa.
Ocknęłam się na miejscu, żeby pokierować kierowcę na krzyżówkę blisko siebie.
Byłam zbyt zaspana, żeby nie wpaść po drodze do rowu, szczególnie idąc z tobołami ;P.
Do domu biegłam w podskokach, bo wiedziałam, że mamy mieć gości.
Laptop obijał mi się o tyłek, torba ledwo nadążała za mną na zakrętach.
Na widok samochodu ze śląską rejestracją na podjeździe przyśpieszyłam jeszcze bardziej.
Wpadłam do środka i porozrzucałam torby i tobołki w przedpokoju.
Długo ściskałam się z rodzinką, którą ostatni raz widziałam pół roku temu.
W sensie - z ciocią, wujkiem, kuzyneczką.
Z rodzicami i An. widziałam się zaledwie przed tygodniem, więc nie zdążyłam się za nimi aż tak stęsknić ;P.
(Za oni za mną stęsknili się nieziemsko, co dowiedli, kiedy wyjęłam z torebki prezent od amerykańskiego kolegi z pracy - czekoladki Hershey's, a oni prawie rzucili mi się na szyję ^^).
Potem były oczywiście śmichy, chichy, rozmowy, wspominki, pokazywanie szynszyla, etc etc.
Ciężko było wypuścić nam bliskich z domu.
Przytulaniom i pożegnaniom nie było końca.


A dziś zrobiłam sobie Dzień Lenistwa.
Tydzień temu porządnie wysprzątałam pokój i o dziwo ten stan wciąż się utrzymał.
Oprócz kupki świeżych ciuchów z prania i małej zaspy z trotów koło klatki, jest tak czysto, że można jeść z podłogi ;P.
I nawet po wejściu do pokoju pachnie leśną ściółką Borysiastego i jabłkowo cynamonowym odświeżaczem, który jeszcze od Świąt utrzymuje zapach.
Dziś nie robiłyśmy z mamą pierogów, więc odpadł kolejny sobotni rytuał.
Pozamiatałam jedynie całą chałupkę, a potem spędziłam leniwy poranek.
Siedząc w piżamie w fotelu.
Siedząc na ladzie w kuchni i pisząc esemesy, przysłuchując się babskim pogaduchom mamy i ciotki.
Siedząc w pokoju i napawając się brakiem obowiązków.
Wzięłam długi prysznic, a potem wzięłam auto z podjazdu i śmignęłam do miasta.
Zakupy, zakupki...
Na Plantach spotkałam mój promyczek szczęścia - Toś, która była z dziadkiem na spacerku.
Porwałam ją na ręce z prędkością światła.
Wycałowałam, wyściskałam, wyprzytulałam ;].
Poleciałam z nią do sklepu znajomego (u którego zawsze myłam smoczek i któremu zostawiałam wózek ze śpiącą Toś, jak leciałam skorzystać z jego łazienki ;P) pokazać jak bardzo urosła.
W sumie myślałam, że wykrzesa z siebie choć odrobinę więcej entuzjazmu na widok dziesięciomiesięcznej Panny Toś w żółtej kurteczce w motylki ;P.
Ja w każdym razie podniecałam się nią jak ósmym cudem świata ;].
I Mała chyba odwzajemnia tę miłość, bo wyciągała do mnie rączki i śmiała się radośnie, błyskając dwoma ząbkami ;).
Niechętnie żegnając się ze swoją eks podopieczną (machając do niej, wysyłając milion buziaczków i obiecując, że ją odwiedzę), postanowiłam obskoczyć jeszcze Sanok.
Posłuchałam trochę głośnej muzyki, poprzyciskałam sobie gaz, pokupowałam parę pierdół w supermarkecie i wróciłam do domu.
Żeby oddać się weekendowej rozpuście - braku ćwiczeń i jedzeniu proziaków, przepijanych sokiem marchewkowym, żeby założyć nogę za nogę i kiwając nią beztrosko strzelić wpisik, żeby wypić herbatę w nowym zielonym kubku z uśmieszkiem  ;).
A na dziś mam zaplanowane tylko czytanie książki ("Terminalny mróz" L. Childa), oglądanie wieczorem jakiegoś fajnego filmu i dawanie się rozpieszczać cały wieczór ;].


PS A na jutro mam mniej więcej taki sam plan, oprócz tego, że nie będę już sprzątać ^^. Mmmm... ;].






środa, 25 lutego 2015

Zdomatorowana ;P

1. Znów zaczęłam zajęcia na uczelni.
2. Znów biegam między przedszkolem, a Wydziałem Pedagogiki.
3. Znów kupiłam karnet na siłownię.
4. Skończyłam pisać teksty.
5. O dziwo izoluję się od ludzi.
6. I o zgrozo - nie czytam książek...


Ad 1.
Od wtorku się zaczęło.
Przetarłam z kurzu swój magiczny zeszycik do stu przedmiotów (tzn. oficjalnie do 3, ale zielona M. dba o środowisko i pisze wszystko w jednym notatniku :P) i zaczęłam na nowo chodzić na wykłady, notować, pisać długi sznur literatury obowiązkowej i gawędzić z portierem, któremu nie zostawiam kurtki, bo...

Ad 2.
Znowu latam ;P.
Taa...
Rozbieranie się znów nabrało tempa.
Wpadam do pokoju nauczycielskiego i w biegu zakładam brązowe kapcie pieski.
Wpadam na uczelnię i w kurtce lecę spóźniona na wykład ;].
Ale, ale... Żeby uspokoić tych, których nastraszyłam nerką - nerka ma się dobrze.
Wiem to, bo w międzyczasie latałam też na badania ;P.
Dosłownie...
Z plastrem po pobieraniu krwi (nie, nie czekałam pięciu minut ze zgiętą ręką ;P) pognałam na zajęcia, a badanie moczu wykonywałam w Medicorowskiej toalecie między zajęciami, a pracą ^^.
Wyglądało to zapewne komicznie i opis też mogłabym strzelić komiczny, ale nie bawi mnie zwierzanie się Wam, jak wygląda próba wykonania posiewu moczu na łazienkowym parapecie i jak fajnie sika się do pojemnika, kiedy ktoś dobija się do drzwi ;P.
Pisałam esemesy, czekając aż pani recepcjonistka zanotuje sobie moje dane, a stojąc w kolejce do laboratorium liczyłam kasę, sprawdzając czy starczy mi na zbadanie kolejnych parametrów.
Bo wydałam już mały majątek na badania ^^.
Aż z tej okazji dostałam nawet kartę stałego klienta.
Ekhm.
Która zresztą zasiliła dumnie szereg kart w portfelu.
Wygląda dość osobliwie.
Karta stałego klienta laboratorium medycznego obok karty do sklepu sportowego, drogerii i karnetu na siłownię.
No właśnie... ^^.

Ad 3.
Nie wytrzymałam i wczoraj poszłam do Fitness For Life ;].
Myślałam, że może za niedługo zacznę biegać i obejdę się bez karnetu, ale pogoda się popsuła, psując mi szyki, a poza tym doszłam do wniosku, że chcę jeszcze trochę poćwiczyć przy muzyczce, z trenerami, na sprzętach, których nie mam w domu i wśród ludzi, których lubię.
Niestety nie jestem już takim harpaganem jak wcześniej.
Strasznie szybko się męczę ;P.
Póki co byłam godzinę wczoraj i półtora dzisiaj.
W sumie na Circuit Training, na którym wykonuje się wkoło serię ćwiczeń przy użyciu stepa, Bosu, mat, drążków i hantli prześcigiwałam faceta, który robił ze mną ćwiczenia w parze (a już na pewno nie jęczałam i nie dyszałam tak głośno jak on :D), ale mimo to nie miałam takiego powera jak zwykle.
W sensie - mój kucyk skakał za moją głową żwawiej niż ja sama ;).
Po ćwiczeniach nie skusiłam się na bieżnię, tylko zwiesiwszy głowę poczłapałam grzecznie do szatni.
A potem na mieszkanko, żeby posilić się jogurtem (0% tłuszczu, koniec chorobowo - antybiotykowej rozpusty i wpylania Danonów ^^).
Z przyzwyczajenia odpaliłam laptopa i przygotowałam listę tematów, kiedy przypomniałam sobie, że...

Ad 4.
Uwinęłam się z tekstami!!!
Hip, hip hurrey! :D
I te komentarze, które męczyłam od wakacji (:D) i te, na które dostałam zlecenie całkiem niedawno.
Grunt, że skończyłam je WSZYSTKIE.
Ach.
Jaka to ulga ;P.
Ostatnio praktycznie non stop siedziałam w tekstach.
Kiedy ktoś do mnie dzwonił, w 90% przypadków odpowiadałam, że piszę.
Chociaż w sumie, jakby na to spojrzeć obiektywnie, w 90% przypadkach i tak mówię, że piszę, nawet jeśli nie mam zlecenia na pisanie ^^.
No.
Ale teraz wiem, że nie będę brać nic na głowę.
Bo praca, uczelnia, siłownia i pisanie pracy zapewnią mi wystarczająco dużo rozrywki ;).
A na inne nie mam sił/czasu/chęci/nastroju * niepotrzebne skreślić.


Ad 5.
No niestety.
Jak miałam tylko zajęcia na uczelni - często spotykałam się z koleżankami na pogaduszki, z kolegami chodziłam do kina, a ze znajomymi na imprezę.
Jak miałam zajęcia na uczelni i praktyki - udawało mi się jeszcze znaleźć czas na siłownię, na basen i na książki.
Jak zaczęłam godzić pracę ze studiami i do tego śmigać na siłkę, a raz w tygodniu na basen - wciąż udawało mi się wygospodarować czas na planszówkowe spotkania przy piwie, herbatkę z koleżankami i pisanie częstych wpisów na bloga.
A teraz, kiedy codziennie pracuję, trzy dni w tygodniu chodzę na uczelnię, na siłownię zamierzam uczęszczać tak często jak się da mimo i wciąż nie wróciłam do formy po niedomaganiu (jak to brzmi ;D:D), nie wiem czy wyjdę z mieszkania do Wielkanocy ;P.
Nie chce mi się.
Autentycznie mi się nie chce.
Plecy może i już nie bolą (chyba, że na nich leżę ;D), ale jak na moje standardy - wciąż zamulam ;P.
Mimo, że biegam :D.
W tamtym tygodniu może prędzej bym się zmotywowała, ale teraz?
Jak nie korki to bachorki.
Jak nie bachorki to uczelnia.
Jak nie uczelnia to jeszcze coś tam innego.
Chętnie posiedziałabym spokojnie na mieszkaniu z książką.
I muzyką sączącą się w tle.
Aaa... Nie mówiąc jeszcze o tym, że nie mam już kasy na wychodne :D ^^.
Wszystko wydałam na badania i jedzenie. Może i mogłabym się obejść bez groszkowej zupy krem z miętą, pomidorków koktajlowych i muesli, ale z drugiej strony - co ma jeść dziewięcioletnia dietująca wegetarianka? ;P ^^.
No i może mogłabym uszczknąć co nieco z karty, ale skoro niedawno kupiłam sobie nowy portfel, kurtkę, buty i bluzy, lekkim przegięciem byłoby dalsze korzystanie z oszczędności, które miały się oszczędzać się na autko...


Ad 6.
Czytam jedną książkę od dwóch tygodni.
Czytam ją w krótkich chwilach, kiedy mam chwilę czasu.
I w zasadzie jest na tyle mało ciekawa, że powinnam ją dawno rzucić w kąt.
Jest tak przewidywalna, że jej przewidywalność aż razi po oczach...
Jest w niej singielka - kobieta sukcesu.
Dostaje wyrok - śmiertelną chorobę.
Wyjeżdża na wieś - by zamieszkać w zapyziałej chatynce po babci.
Podrywa ją wiejski weterynarz - z którym ostatecznie zaczyna sypiać.
Zachodzi w ciążę - i równocześnie okazuje się, że hurra! - guza nie ma.
A do tego gada z psem, kotem, myszą, zmarłą matką i starowinką - szamanką.
A pies, kot i mysz odpowiadają na jej pytania i konwersują z nią w najlepsze...
Awrr... ;P.
Dobrze, że kupiłam sobie ostatnio dwie książki.
"Love, Rosie" pożyczyłam współlokatorce, ale "Zostań, jeśli kochasz" zamierzam za chwilę zgłębić na swoim łóżku.
W piżamie w pandy.
Po prysznicu.
Odmawiając wyjścia ze znajomymi ;D.
Ammm... ;]

PS Ale jeszcze chwila i zaczną się uroczystościowo - urodzinowe meetingi, więc będę musiała opuścić domowe pielesze i zdjąć kapcie z pomponami ;P. Całe szczęście. Już myślałam, że grozi mi kupno fartuszka i kompletu ściereczek pod kolor ^^.



niedziela, 22 lutego 2015

Little Miss Fu**ing Princess ;]



Jestem rozczochrana.
Jestem przymulona.
Jestem padnięta.
Siedzę w dziwacznej pozycji, która wygląda mniej więcej tak, jakby mój kręgosłup był przechylony w prawo o 45%.
Boli mnie kark.
Boli mnie bark.
Boli mnie szyja.
Właśnie przyjechałam do Rzeszowa autobusem.
;P.

Właściwie zmuszanie mózgownicy do wykrzesania z siebie pisarskiego entuzjazmu jest ostatnią rzeczą, na jaką mam teraz ochotę.
Mam teraz ochotę na masaż obolałego barku, nadwyrężonych pleców i obtartej stopy.
Ale że nie mam takiej możliwości, relaksująco – wyciszający prysznic jest obecnie zajęty przez moją współlokatorkę, a nie zadzwonię przecież do nikogo i nie powiem: „Jakże ja jestem biedna, bo musiałam jechać autobusem i sama dźwigać torbę!”, bo przecież nie jestem Little Miss Fu**ing Princess ;P.
W takiej sytuacji pozostaje mi tylko jedno.
Wyżyć się – pisząc ;).
No to się wyżywam ;P.

Okej.
Jazda autobusem na studia nie należy według mnie do najprzyjemniejszych opcji transportu.
Najchętniej znalazłabym się tu dzięki teleportacji, przyleciała prywatnym odrzutowcem albo dała się przynieść sługom na lektyce.
Niestety ponieważ jeszcze nie posiadłam wiedzy na temat teleportacji, nie dorobiłam się własnego helikoptera i nie mam służących, kiedy tylko mogę – wybieram samochód.
Ze znajomym, z nieznajomym.
Obojętne.
Byle było to małe autko, które nie zajeżdża na każdy przystanek, które może zatrzymać się na CPNie, kiedy w brzuchu zaczyna się przelewać od pełnego pęcherza  i które nie jedzie 50 km na godzinę… ;].
Jazda autobusem niemiłosiernie mnie męczy.
I taaak, wieeeem - jestem za wygodna, ale to nie zmienia faktu, że w autobusie nigdy nie jest komfortowo ;P.
Pół biedy jak znajdzie się miejsce siedzące.
Wtedy jest +25 pkt do komfortu.
Jak się stoi – ma się przerąbane.
Trzęsie tym biednym człowiekiem, rzuca jak marionetką, kołysze jak na statku.
Popycha na czyjeś kolana, zwala z nóg.
Niezbyt to raczej przyjemne ;).
Miejsce siedzące jest dużo lepsze.
Co nie znaczy, że wygodne ;).
Fajnie, że pupsko znajduje oparcie na wyliniałym i wyczochranym siedzeniu.
Fajnie, że ma się gdzie oprzeć głowę i postawić nogi.
Co nie umniejsza faktu, że w autobusie przeważnie jest gorąco, duszno i ciasno.
Torby i toboły (nasze lub innych podróżnych) uniemożliwiają wyprostowanie nóg czy zmianę pozycji.
Pasażer z boku trajkocze głośno przez telefon/ śpi, opadając na nas głową/ chrapie śpiąc z otwartymi ustami/ zionie oddechem przetrawionego alkoholu albo zjedzonych kanapek z kiełbasą/ wierci się (jak np. ja)/ kręci/ trąca nad łokciem/ przepycha się na naszą stronę/ śmierdzi potem/ zagaduje nas albo – zwyczajnie drażni swoją obecnością ;).
Kierowca zapier***a jak głupi/ wlecze się jak ślimak/ puszcza smętną muzykę albo jedzie jak pirat drogowy, wielokrotnie cudem unikając kolizji.
Droga ciągnie się jak flaki z olejem, rozmowa przez telefon z przyjaciółką przypomina rozmowę na podsłuchu, a chociaż morzy nas sen – nijak da się przespać z kurtką na kolanach, laptopem wciśniętym między udo, a okno, grubą współpasażerką z boku, grzejnikiem rozpalonym do czerwoności w nogach i lekkimi mdłościami wywołanymi chorobą loko.
Dotarcie na dworzec wcale nie jest niednoznaczne z końcem drogi przez mękę.
Zostaje jeszcze wykaraskanie z bagażnika walizki tudzież torby.
A potem zawleczenie jej na mieszkanie.
Co w moim przypadku oznacza 20 minut drogi.
I wdrapanie się na 4- te piętro ;P.
Ale, ale…
Wiem, że Little Miss M. musi czasem napocić się w miejscu innym niż bieżnia i przyjechać do Rzeszowa transportem innym niż prywatny taksówkarz, żeby nie być Little Miss Ciepłe Kluchy ;P.
I dziś też nastał taki dzień, kiedy chciałam znieść wszelkie niewygody, coby uniknąć bycia nazbyt rozpuszczoną i wyręczaną M.
Tak więc po prawie trzygodzinnej jeździe autobusem, z rozkołysanym błędnikiem i brzuchem wzdutym od naciągniętego do granic możliwości pęcherza, zaczęłam klekotać się z torbą, laptopem i torebką przez miasto.
Początkowo szłam dziarskim krokiem.
Jak silna, niezależna M., która zdała test sprawnościowy do Policji.
Szłam tak mniej więcej do pierwszego przejścia dla pieszych.
Potem lekko mną zarzuciło.
Dalej szłam już jak silna i niezależna M., która zdała sprawnościówkę, ale podążałam chodnikiem z ciut mniejszą energią i zapałem...
A potem szłam kolejno jak sierotka M. , która od dwóch tygodni cierpi z powodu dziwnego bólu pleców nieznanej etiologii/ sierotka M., która od trzech tygodni prawie nie ćwiczyła/ sierotka M., która zatacza się na prostej drodze i sierotka M. , która dyszy jak pies, goniący do suki w rui.
Ponieważ nikogo nie było na drodze, szłam slalomem od krawężnika do budynków.
Znosiło mnie to na lewo, to na prawo, w zależności od tego, na którym ramieniu miałam torbę.
Regulowałam swój oddech, wzorując się na wszystkich filmach o porodach, które dotąd obejrzałam.
Urwałam swojego pluszowego kota, kiedy usiłowałam wyciągnąć klucze z torebki.
Do klatki schodowej wchodziłam jak pijany sumo.
Powoli, chwiejnie, ciężko.
Materiałowy pasek od torby wrzynał mi się boleśnie w ramię i skrzypiał donośnie, strasząc, że zaraz się urwie.
Każdy schodek okupiony został westchnieniem.
Każdy zakręt witałam z ulgą.
Każdy kolejny numer na drzwiach z satysfakcją.
A kiedy wreszcie dotoczyłam się po 14-tkę, trzęsącymi dłońmi otworzyłam drzwi mieszkania, rzuciłam torbę na podłogę tuż za progiem, pojęczałam chwilę, masując bark, a potem pomyślałam…
Mmm… Jednak fajnie nie być czasem Little Miss Princess, która wszystko dostaje pod nos, wokół której wszyscy tańczą jak baletnice w „Jeziorze Łabędzim” i która ma usłużnego lokaja i gwardię służących. Jednak czasem fajnie jest napocić się i pomęczyć w niekomfortowych warunkach i przy ciężkiej torbie, żeby potem dojść do wniosku, że nie jest się ciepłą kluchą, tylko osobą, która wszędzie sobie poradzi i wszystko zrobi sama… ;].
Finito.
Idę pod prysznic.
Może uda mi się zmyć te pręgi od paska, które zostały mi na szyi, jakbym cudem uniknęła gwałtu z elementami BDSM ;).

PS Szczerze mówiąc, ostatnio i tak czuję się jak Little Miss Fu**ing Princess, więc dla odmiany - podroczcie się ze mną czasem, rzućcie jakieś wredne hasło i powiedzcie coś niecukierkowatego i niesłodkiego. Tak dla zdrowej równowagi i uniknięcia przewrócenia się w mojej i tak przewróconej już du***. Deal? ;]


https://www.youtube.com/watch?v=88HSA9jzLAw

piątek, 20 lutego 2015

Poferiowo ;P

Właśnie zdałam sobie sprawę, że w przyszłym tygodniu zaczynam zajęcia.
I że ostatnie trzy tygodnie miałam "ferie".
Hm...

To moje pierwsze tak pracowite ferie ;].
Zwykle czas zimowego odpoczynku spędzałam kolejno na sankach/ workach z sianem/ oglądając filmy video z koleżankami/ odwiedzając babcię i jedząc u niej kanapki z dżemem/ rysując/ czytając książki/ ćwicząc/ spotykając się ze znajomymi/ wreszcie - pisząc.
W zależności od tego czy miałam lat osiem, szesnaście czy dwadzieścia parę ;P.
Jedno było pewne - nigdy się nie przemęczałam i zawsze robiłam same przyjemne rzeczy ;].
Noo… Czasami robiłam gruntowne porządki. Odsuwałam w pokoju łóżko, biurko i klatkę szynszyla i przez pół dnia sprzątałam wszystkie możliwe zakamarki.
Albo jak miałam prawdziwą wenę sprzątającą – ogarniałam kuchenne szafki, sprzątałam na półce z kosmetykami i segregowałam stare gazety w salonie :).
Czasami nadrabiałam spotkania towarzyskie, codziennie spotykając się z innym znajomą/znajomym.
Czasami musiałam pisać jakieś referaty czy uczyć się czegoś.
Ale nigdy nie miałam tak, że codziennie chodziłam do pracy, po powrocie ogarniałam teksty, a wieczorami planowałam, co jeszcze muszę zrobić ;P.
Nie powiem, że się przemęczam, bo siadłam sobie na tyłku i nie latam.
Ale wciąż nie mam czasu na pisanie (dla siebie, nie na zlecenie) i czytanie, a to dla mnie wyznacznik, czy mam dla siebie czas czy nie ;).
Nie chodzę na zakupy i na ploteczki z koleżankami.
Nie czytam codziennie nowej książki.
Nie maluję pazurków i nie leżę na łóżku z nogami na ścianie ;).
Czyli nie nudzę się.
Codziennie wracam z pracy zmęczona w stopniu lekkim albo średnim.
Codziennie słucham muzyki albo oglądam choćby kawałek filmu, żeby się odstresować przed snem.
I codziennie walczę z pokusą, żeby nie pobiec kupić karnetu na siłownię ;P.
Dziś dla odmiany pobiegłam do laboratorium Medicoru, bo chciałam sprawdzić, czy mogę znów wrócić do dawnego stylu życia.
Wyniki wyszły takie sobie.
Bez szału, ale i bez paniki.
Jutro chyba pokuszę się o pobranie krwi.
A potem o wizytę u nefrologa i USG.
Poza tym mam ciulową kondycję i zadyszkę, jak wejdę po schodach ;P.
Męczy mnie odkurzenie mieszkania.
Męczą mnie zakupy w spożywczaku ;].
Więc sama nie wiem, czy karnet ma teraz sens.
Z drugiej strony przeraża mnie wizja siebie 3 kilo plus, więc czuję, że jak tylko poczuję się lepiej, pierwsze co zrobię, to wrócę na siłownię ;).

Ale póki co - jest jeszcze weeeekend ;].
Weekend, który ma być weekendem odpoczynku.
Leżenia i słuchania muzyki.
Machania nogami.
Czytania w łóżku.
Pisania w piżamie.
I 100% feriowego obijania się ;).


PS Przynajmniej taki mam plan ;P ^^.


 
http://www.skigo.pl/aktualnosci-2/art,241,ferie-zimowe-gdzie-na-narty.html

środa, 18 lutego 2015

Praca odcinek 2, czyli…




… na czym właściwie polega praca nauczycielki w przedszkolu ;]

Zapewne większość z Was nie wie, czym zajmują się przedszkolanki ;).
Zapewne wydaje się Wam, że sprawdzaniem obecności, uczeniem dzieci piosenek i wstawianiu im buziek za namalowanie szlaczków.
Zapewne myślicie, że większość czasu bawię się z dziećmi na dywanie albo uzupełniam dziennik.
Zapewne zdziwicie się, jak dowiedziecie się, co robi się w przedszkolu ;P.

Zacznijmy od tego, że nigdy się nie nudzę ;).
To już jest pozytyw.
Niezależnie od tego czy pracuję 3 czy 7 godzin, czas strasznie szybko mi leci.
Czasami jest trochę zamętu i chaosu.
Czasami nie mam czasu usiąść na tyłku.
Czasami jestem zmęczona.
Czasami jestem oszołomiona.
Ale na pewno lubię swoją pracę i jestem z niej zadowolona ;].
Nawet wstawanie o 6 rano w środy albo kończenie pracy o 18 w piątek nie stanowi dla mnie problemu.
Właściwie większość czynności, które muszę wykonać, też nie stanowi dla mnie problemu.
Czasami czegoś nie wiem, czasami czegoś nie potrafię.
Ale szybko i chętnie się uczę, tak więc…

Nabieram już wprawy w przekonywaniu maluszków, żeby puściły poły rodzicielskich płaszczy przy porannej odprawie.
Poranki (zwłaszcza po weekendzie/chorobie dziecka/świętach/feriach) bywają ciężkie.
Maluchy płaczą, trzymają się kurczowo maminej spódnicy albo wspinają się po tatinych nogach jak kapucynki.
Jęczą, piszczą, zawodzą.
Trzeba wykazać się nie lada umiejętnościami, by odwrócić ich uwagę od płaczu, uspokoić, wyciszyć, zainteresować czymś (dobry bajer zawsze w cenie) i wreszcie – odkleić od rodzica.
Trzeba też przyjąć odpowiednio pewną i profesjonalną minę, żeby przekonać rodzica, iż zostawia dziecko pod fachową opieką wykwalifikowanej i doświadczonej nauczycielki, która wie, co robi i która umiejętnie zadba o dobro maluszka, żeby czasem nie spadł mu włos z głowy ;).
Trzeba mieć w zanadrzu tysiąc haseł i pomysłów, żeby dziecko nie chciało uciec za rodzicem.
Trzeba przytrzymywać piąstki, które walą w drzwi i ciałko, które rzuca się po podłodze.
Trzeba być empatycznym, cierpliwym, wyrozumiałym i ciepłym.
Przytulać, ocierać łzy, zapewniać o wszystkim tym, o czym dziecko chce słyszeć i poświęcać mu 100% uwagi.
Co jest czasem trudne, kiedy w przedszkolnej sali jest już kilka innych rozrabiaków ;].

Przeważnie, kiedy dzieci coś chcą, to wszystkie na raz.
Niestety nie mają zbyt skoordynowanego czujnika potrzeb.
Nie jest tak, że kiedy jedno chce sikać, reszta ochoczo zwłaszcza wyjście do WC.
Nie, nie.
To nie działa w ten sposób ;P.
- Kupa! – mówi jeden szrab.
- Klej! – woła drugi, pokazując na upaprany stolik, klejące się rączki i umorusaną bluzeczkę.
- Brokat! – krzyczy dziewczynka wyglądająca jak brokatowa bombka choinkowa.
- Czy mogę prosić o kanapkę? – kulturalnie prosi 4-latka, gładząc się po okrągłym, ale rzekomo pustym brzuszku.
- Namaluje mi pani kotka? – łypią na mnie lizusowskie oczka za szkiełkami okularów…
I wtedy zaczyna się gonitwa.
Zabieram do łazienki sklejonego delikwenta, za drugą rękę prowadzę dziecko, które chce do kibelka. W międzyczasie dołącza do nas jeszcze kilkoro dzieci, które też wykazują chęci skorzystania z toalety. Albo możliwości wyjścia z sali.
W łazience pilnuję swojej uroczej gromadki.


 
http://emaluszki.pl/239_Lewor%C4%99czno%C5%9B%C4%87.html

Choć „pilnowanie” jest dość ogólny stwierdzeniem…
Zerkam czujnie przez wahadłowe jak w westernie drzwiczki.
Czy dzieci nie bawią się w doktora?
Czy w jednej toalecie znajduję się pożądana ilość dzieci w liczbie jeden?
Czy dzieciaki radzą sobie z rozbieraniem?
Nie plączą się w szelki, nie mają kłopotów z paskami i sprzączkami?
Czy nie trzeba pomóc im się ogarnąć i ubrać, jak już skończą?
Czy majtki nie są naciągnięte po pachy, a spodenki nie ukazują kreski na pupie?
Czy dziecko podwinęło rękawki do mycia rąk?
A jeśli nie, to czy się zamoczyło?
A jeśli się zamoczyło to czy wystarczy wysuszyć je pod suszarką czy trzeba dzieciorka przebrać w coś suchego?
Czy dzieci myją rączki wodą z mydłem?
Czy nie chlapią wodą po innych dzieciach/lustrze/podłodze?
Czy zakręciły kran?
Czy nie bawią się, rozsmarowując mydło po płytkach?
Czy nie moczą papierowych ręczników, bo rozmoczone papiery w rączkach to przecież super zabawa?
Czy nie wieszają się po umywalkach, nie wchodzą pod prysznic, nie wspinają się na przewijak i nie wtykają paluszków między drzwi?
Czy pobrudzony klejem łobuz wymył się dokładnie?
Czy klej nie zalepił włosów?
Czy się przy tym nie ochlapał z góry na dół?
Potem wystarczy tylko przypilnować, żeby dzieciarnia ustawiła się w pary, upomnieć, że po korytarzu się nie biega i wrócić do sali.
Wysłuchując po drodze kłótni: „Kto będzie trzymał Panią za rękę” i łapiąc tych aparatów, które jednak uciekają.
Jeśli w czasie, kiedy było się z dziećmi w kibelku dobra wróżka/duch święty/koleżanka/kolega z pracy posprzątali – można zająć się obserwacją i pilnowaniem dzieci.
Jeśli nie – trzeba kolejno:
- przebrać wypadkowemu dziecku brudną posklejaną bluzeczkę,
- wytrzeć stolik, podłogę, krzesełko z kleju,
- sprawdzić, czy zrobiło się to dokładnie, żeby nikt nie przykleił się do stolika,
- pozamiatać rozsypany brokat, uważając, żeby nie wyglądać potem, jakby ktoś wyturlał nas w brokatowym pyle,
- schować klej, brokat i inne niebezpieczne sprzęty wysoko na szafę,
- znaleźć zawiedzionym i miauczącym głośno dzieciom inne zajęcie,
- dać głodnemu dziecku kanapkę,
- podać mu serwetkę do wytarcia buźki,
- zetrzeć za nim okruszki,
- usiąść na małym krzesełku przy małym stoliku w asyście kilkorga maluchów,
- namalować kotka/pieska czy whatever,
- wysłuchać proszących głosików „Mi też! Ja też chcę!!!” i sprawiedliwie machnąć jeszcze z pięć piesków.


http://www.basniowa-kraina.edu.pl/

 
W międzyczasie trzeba też pilnować, żeby reszta brygady ładnie się bawiła.
Żeby dzieci nie wspinały się na parapet.
Żeby nie biegały między stolikami.
Żeby nie zabierały innym klocków.
Żeby nie straszyły rybek.
Żeby nie biły kolegów.
Żeby nie popychały dziewczynek.
Żeby nie kłóciły się o książeczki.
Żeby nie ruszały laptopa.
Żeby wydmuchały nosek, z którego wiszą dwie wielkie kipy.
Żeby wymyły buzię z dżemu.
Żeby nie rozwalały innym dzieciom zamku z klocków.
Żeby nie skakały po krzesłach.
I nie wchodziły na stoliki.
Żeby podnosiły kredki, które spadną na podłogę.
I nie rzucały mazakami.
Żeby posprzątały po sobie ścinki papierów i porozrzucane resoraki.
I żeby „były grzeczne”.
W międzyczasie trzeba też rozmawiać z rodzicami, którzy odbierają dziecko.
Odpowiedzieć na masę ich pytań.
Rozwiać wątpliwości.
Uspokoić.
Tak, dzieci były na spacerku.
Tak, X miał czapeczkę, szaliczek, rajtuzki i ortalionowe portki.
Tak, wszystko ładnie zjadł.
Tak, spał podczas leżakowania.
Nie, nie kaszlał.
Tak, miał lekki katarek.
Płakał, ale tylko chwilę.
Nie, nie mówił nic o bólu brzuszka.
Nie, nie robił kupy…
Niektórzy rodzice są bardziej dociekliwi, inni mniej.
Niektórym trzeba nawet udzielać informacji, typu „Kichnął raz” albo „Dwa razy zakaszlał podczas spania”.
Trzeba też wypytać o chęć zapisania dziecka na karate, na zajęcia taneczne i na wyjazd do pizzerii.
Zebrać podpisy.
Przekazać jakieś informacje.
Spytać o coś.
Poprosić mamy maluszków, żeby rozważyły przynoszenie pampersów na leżakowanie, bo niektóre się moczą.
Przekazać informacje, czy dziecko było grzeczne czy nie.

 
http://www.bajka.gostyniacy.pl/ogloszenia/369-dzie-kredki.html
 
Prowadzenie zajęć z dziećmi nie jest specjalnie trudne.
Wystarczy usadzić je wszystkie na dywanie tak, żeby siedziały na tyłkach po turecku, nie ciągnęły się za włosy, nie szarpały i nie biły o miejsce.
VIPowskie miejscówki są oczywiście koło Pani ;].
Bywa, że muszę się ładnie napocić, żeby delikatnie odgonić od siebie bandę małych pseudofanów, żeby móc swobodnie oddychać ;].
Nie, żebym tylko ja miała takie powodzenie.
Po prostu Pani to w przedszkolu guru ;].
Sprawdzenie obecności, zrobienie wpisu w dzienniku i strzelenie swojego autografu w wyznaczonym miejscu to sama przyjemność.
Pokazywanie dzieciom obrazków, czytanie anglojęzycznych książeczek, uczenie prostych słówek, mówienie wierszyków czy śpiewanie piosenek też jest fajne.
Pod warunkiem, że dzieci wykazują chęci do przyswajania wiedzy ;].
Nie dekoncentrują się, nie krzyczą i nie rozbiegają się po sali.
No, ale… ;).
Co jeszcze trzeba robić w przedszkolu?
Ogarniać posiłki ;P.
W zależności o tego, ile nauczycieli jest na miejscu, trzeba:
- przywieźć z korytarza wózek z wazą, talerzykami, miseczkami etc.,
- ponalewać do czarek odpowiednią ilość zupy lub nałożyć na talerzyki obiadek,
- porozdawać dzieciom łyżki,
- pozanosić na stoliki jedzenie,
- powycierać plamę z zupy, którą ktoś już zdążył wylać,
- nalewać dalsze porcje,
- pilnować, żeby w międzyczasie łobuzy nie stawały na krześle, nie stukały w akwarium, nie bawiły się samochodami na dywanie, nie rozrzucały ziemniaków po podłodze itd.,
- dalej nalewać zupę/nakładać obiadki,
- słuchać marudzenia: „Nie lubię”, „Nie chcę”, „Nie będę jeść”,
- zabierać puste miseczki od tych, którzy skończyli, proponować herbatkę i deserek,
- zachęcać tych, którzy nie jedzą, żeby zjedli pięć łyżek zupy,
- ogarniać stoliki, biegając z dezynfekującym sprayem i doczyszczając zeschnięte plamy,
- karmić niejadków, żeby zjadły chociaż parę kęsów czegoś ciepłego...

Oprócz tego jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy, które trzeba ogarnąć, kiedy pracuje się z dziećmi i których nie sposób zliczyć ;].
Jest to m.in. naprawianie zabawek, robienie fryzur dziewczynkom (delikatne rozczesywanie, robienie wymyślnych fryzur, przypinanie na główce tysiąc pięćset spineczek i wsuweczek), ubieranie dzieciarni na spacer (wciskanie butów na stopki, dokładne zawiązywanie szalików pod szyjką, zapychanie uszów pod czapki etc. Samego spaceru opisywać nie będę. Wyobraźcie sobie kilkanaście maluchów, które trzeba pilnować w parku ;D), wymyślanie tysiąca wymówek, dlaczego mama jeszcze nie przyjechała, ubieranie dzieci w eleganckie stroje na występy i bale (cztery warstwy sukienek, tiulów i koronek…), przyklejanie plasterków na mikroskopijne ranki czy otarcia, bo plastry mają motyw Dzwoneczka, a nie ma to jak wróżka cynka na mega upiornie bolesną ranę... ;].
Bywa, że dostaje się żylaków na mózgu od myślenia. 
Na co można pozwolić dziecku, a jakie zachowanie trzeba ganić? Jaka kara jest adekwatna do przewinienia? Jak rozwiązać dziecięce problemy i rozgonić bójkę? Jak pogodzić kłócące się przedszkolaki? Jak uspokoić histeryka? Jak wyciszyć agresora? Jak uśpić dziesiątkę dzieci na raz?  

Trzeba pamiętać, które dziecko na co ma alergię, które czego nie je i które wymiotuje, kiedy zachęca się go je jedzenia...
Które dziecko ma jakie zainteresowania, żeby można je było czymś zająć albo odwrócić jego uwagę, kiedy smuta/płacze/rozrabia.
Które dziecko ma jakich rodziców/ciocie/dziadków, żeby nie wydać malucha niewłaściwej osobie.
Które dziecko jest grzeczne i spokojne, a które jak jest grzeczne i spokojne niechybnie oznacza, że coś zmalowało...
Itd itp.



Tak więc jak widać, praca nauczycielki w przedszkolu to bycie adwokatem, psychologiem, ciocią dobrą radą, konserwatorem zabawek, higienistką, specjalistką od żywienia, klawiszem i przede wszystkim - człowiekiem ;).
Bo nie wystarczy uczyć, pilnować i wychowywać.
Nie wystarczy przyczepić koła do traktora, zrobić dobieranego warkocza czy narysować księżniczkę.
Trzeba jeszcze te dzieci wspierać, kochać i szanować, zachowując przy tym pogodę ducha.

PS I do tego - nie zwariować ;]
http://www.bajka.gostyniacy.pl/ogloszenia/369-dzie-kredki.html