Przejdź do głównej zawartości

Posty

koniec sierpnia

Jednak udało mi się poczuć koniec sierpnia. Do tej pory pławiłam się w glorii upałów, krótkich spodenek, po co skarpetki?, trampki mogą być dziurawe od spodu, bo co tam i nawet w nocy można spać przy otwartym oknie. Zaczęło się wczoraj od tych odklejonych trampków i od deszczu, który mnie złapał. Nogi mi oczywiście zmokły - ba, wtedy sobie przypomniałam, że rzeczywiście trampki były dziurawe. I poczułam chłód. Ale rozchodziłam go, bo nosiłam tony podręczników, plastelin i plakatów po szkole. Potem niby znowu był upał, niby w aucie jak w garnku, ale poza autem to już gęsia skórka. I noc przy otwartym oknie skończyła się katarem. Także właśnie siedzę triumfalnie na przezroczystych pojemnikach, z których uśmiechają się z lekkim zawodem biała nieubrana nigdzie plażowa sukienka (no bo gdzie ją miałam ubrać?), bluzeczki na ramiączkach (a brrr) i spódniczki. Miejsce w szafie zrobione, zapasy soczku malinowego są. Długie spodnie na ciele są, są i słynne skarpetki. Zostawiam za to koszulkę z ko
Najnowsze posty

i znowu

I znowu koniec sierpnia, znowu koniec lata, a już z pewnością koniec wakacji. Ale ja się cieszę. Może ktoś powie, że za krótko pracuję albo że jestem zbytnią optymistką, ale ja mam duszę prymusa i lubię wchodzić w swój dobrze znany rytm, bo uważam, że wtedy jestem dużo bardziej efektywna. Nawet pisanie lepiej mi wychodzi, kiedy mam więcej na głowie - obijając się na hamaku jakoś tracę wenę twórczą ;) Najchętniej to sama ruszyłabym w rejs po sklepie papierniczym, jarają mnie nowe zeszyty, a zapach nowych książek - umarłabym za niego ;). Akurat jako dziecko nigdy nie miałam nowych książek. Albo dostawałam coś w spadku po siostrze albo były targi, na których się kupowało używane podręczniki. W liceum miałam pojedyncze egzemplarze, głównie angielskiego, bo te książki kupowało się nowiutkie. Ale w zeszłym roku dostałam nowy komplet podręczników jako nauczycielka, mam cały regał swoich książek i czytnik, więc wyszłam na plus. Nie mogę powiedzieć, żeby wakacje za szybko mi zleciały - w tym ro

w te wakacje

W te wakacje nie pojadę nigdzie, ale byłam w IKEI, gdzie zaprojektowałam kuchnię marzeń, a w mieszkaniu mam dwa wymarzone koty, przez które naprawdę jeszcze mniej chce mi się wychodzić z domu. W te wakacje upały zaczęły się jeszcze przed wakacjami, więc zagrzać (a nawet narzekać na duszności i syndrom gorących stóp, który przydarzył mi się pierwszy raz) się zdążyłam jeszcze w czerwcu, a że chronicznie i nagminnie cierpiałam na bladość i zimno (koleżanka, która w kwietniu spotkała mnie w kurtce zimowej i czapce pewnie do dziś kmini, czy jestem zdrowa na umyśle, ale naprawdę - mi było tak zimno) - to cieszę się z tych upałów. W te wakacje znowu lecimy z Harrym Potterem w mojej sfatygowanej starej wersji i ani upały ani zaciskanie pasa ani to, że koło dwudziestego razu przestałam liczyć, który raz wracam do Hogwartu nie przeszkadza mi cieszyć się tą chwilą. Zamiast świeżych szparagów (drożyzna, no i przegapiłam ich sezon; tak samo jak rabarbar zresztą) zrobiłam zupę z dyni (no bez kurkumy

Ruby

Mija właśnie miesiąc, odkąd królewna Ruby jest u nas, więc myślę, że należy jej poświęcić personalizowany wpis ;) 2 lipca ta dama skończyła cztery miesiące. Jest kotką rasy ragdoll, bardzo trafionym prezentem rocznicowym i prezentem na nowy dom. Wszak dom już się buduje, a jeśli dobrze pójdzie to pod koniec tego roku, najpóźniej początkiem następnego zatańczymy w nim taniec radości ;).  Ruby ma inne umaszczenie niż Blue, który jest bardziej szary. Blutek ma ciemnoszary pyszczek, uszka, aksamitnoszare łapki i ogon. Biały ma tylko brzuch. Rubuśka idzie bardziej w beżowy. Ma podkowy wkoło oczu jak szop pracz, które może będą beżowe, może zmienia się w brązowe. Wydaje mi się, że będzie umaszczona jak kot z filmu "Mężczyzna imieniem Ove", czyli tak, jak chciał mój mąż. Ja z kolei chciałam białe łapki i kropkę na nosie, więc oboje mamy, co chcieliśmy ;). Ma wielkie błękitne oczy i wielkie uszy. I jest smuklejsza niż Blue, choć przy jej tempie jedzenia szybko przybiera na wadze i ro

tygryski

Nadeszło to, co tygryski lubią najbardziej (a tygrysy ZNOWU mi się dziś śniły), czyli koniec roku szkolnego. Co roku jest coś fajnego w wakacje - a to podróż poślubna, a to błogi wypoczynek, w zeszłym roku budowa, w tym - Ruby. Pierwsze dni Ruby zbiegły się z długim weekendem, więc miałam czas na ogarnięcie nowej rzeczywistości. A było to: - nastawianie budzika i wstawanie o 1/2 i 5 rano, żeby sprawdzić, jak Ruby, - wstawanie o 5/6, żeby wypuścić Ruby z małego pokoju, - nie spanie od 5/6, żeby pilnować kotów. Ruby śpi w małym pokoju, przystosowanym do jej potrzeb, a więc pozbawionym niebezpiecznych elementów, a wyposażonym w kuwetę, legowisko, miseczki i zabawki. Przez pierwsze dni wstając do niej w nocy: - nie pamiętam dokładnie, co wtedy robiłam, po drugie: - pamiętam, że kilka razy, tak kompletnie odmóżdżona i spragniona snu, ułożyłam sobie na podłodze legowisko (łóżka brak) z kocy, kocyków i kociej podusi i spałam na ziemi z kotami. Szkoda, że M. nie zrobił mi wtedy zdjęcia ;) Ale

lipiec

Dla pracoholika pierwsze dni urlopu są dziwne.  Zwłaszcza, kiedy pracuje się w szkole i urlop trwa w zasadzie dwa miesiące. Piszę "w zasadzie", bo w drugiej połowie sierpnia nauczyciele chodzą już do szkoły (a wiem, że ludzie tego nie wiedzą xD). Wiem, że wolne wakacje wywołują zawsze takie zazdro, że dużo osób żałuje nam, że obijamy się  beztrosko całe lato, ale powiem Wam jedno. Gdyby nie te wolne wakacje, nie byłoby komu uczyć Wasze dzieci ;). Bo nauczyciele wylądowaliby w psychiatryku ;) I mówię to jako osoba, która prawie dwa lata była w Policji (i w wakacje miałam największy młyn, pracowałam w noce, święta i weekendy). Po prostu - praca z dziećmi nie jest dla każdego, a jak ktoś już to lubi i robi, kiedy przychodzi czerwiec i za długo przebywa się w hałasie, a problemy mnożą się jak szalone (przyznajcie się - ile razy macie dość płaczu, krzyków jednego albo dwójki dzieci? A pomnóżcie to razy dwadzieścia parę ;) Do tego dochodzi też zmęczenie dzieci i papierologia plus s

normalność

Normalność to pojęcie względne, jednak myślę, że kiedy w trzecią rocznicę ślubu młode małżeństwo podnieca się tym, że w pokoju (notabene dziecinnym) ma zamkniętą małą kotkę*, a zamiast kupować kołyski, kupuje się PERSONALIZOWANE (jedyne burżujstwo, na jakie zezwolił budżet; reszta będzie po starszym bracie) legowisko z beżową poduszką w kropki, to jest się po prostu... nami? ;) Dotychczas nic nie pobiło (w mojej własnej, najważniejszej ^^ opinii) mojego wpisu o stu dniach po ślubie i nawet nie bardzo miałam ochotę pisać o rocznicy. Nie chodzi już o to, jak to strasznie wymachuję sztandarem singielstwa - myślę, że po tych paru latach, kiedy zdążyłam już zetrzeć swoją obrączkę i kiedy moim mottem (zamiast "Kilka silnych cech, mocnych zasad garść") jest "Dbam o to, by w domu zawsze była zupa", wytraciłam trochę swojego hartu ducha. Nie będę też chwalić mojego M. - bo zawsze wtedy chcę się puknąć w głowę, chwalić się ani tyle (bo to, że się wzajemnie nie zabijamy to chy