Przejdź do głównej zawartości

Posty

co się utnie, a czego będzie brak

Po ostatnim kółku plastycznym, które prowadzę z dziećmi, mogę stwierdzić, że nadal tkwią we mnie resztki talentu do miętolenia paluszkami plasteliny i pod presją stękania gorących próśb pięciu dziewczynek, potrafię wyczarować całkiem urocze koale. Choć paznokcie miałam później ozdobione zielonym (eukaliptus) szlaczkiem, odpornym na wodę i mydło, rodzi się we mnie nadzieja, że może choć jedna z tych artystycznych panien zostanie kiedyś manikiużystką i strzeli mi za to poświęcenie dziękczynne pazurki ^^. Aktualnie większość długich wieczorów spędzam a to z ołówkami, a to z farbami i moja siostra stwierdziła już dawno "Kup sobie plastelinę!", ale moje zapędy artystyczne hamują się na tyle, by wiedzieć, że brudne pędzle w łazienkowej umywalce, sześć tysięcy ołówków na biurku czy kolejne "obrazy" są ok, walające się po mieszkaniu rozdeptane kulki plasteliny - okej nie są. Dlatego nie mogę powiedzieć, że lepienie koali było nieprzyjemne. Zgodnie z dewizą "W domu tego
Najnowsze posty

balony

MARZEC 2021 Nie robiłam osiemnastki. W czasach liceum moją największą radością był wegetarianizm i wieszanie plakatów z rozpołowioną krową albo szczęśliwymi króliczkami na poddaszu, mój szczęśliwy (jak mógł popodgryzać mi meble) szynszylek i nauka do matury. Plus jakieś thrillery. Na 18 urodziny przyszła do mnie kuzynka z kuzynem i ananasem z kokardą zamiast czekolady (faza ostrego weganizmu), byli rodzice i była siostra. Alkoholu nie piłam. Pierwszy alkohol wypiłam jako 21latka, czyli bardzo po amerykańsku. Wypiłam pół piwa cytrynowego, postawionego przez polskiego kolegę na bułgarskiej wymianie zagranicznej.  Ogólnie, choć od tej pory minęła już prawie dekada, alkohol piję sporadycznie, jak na lekarstwo i bardzo, bardzo rzadko. Często jestem kierowcą, często boli mnie głowa i wolę wypić mocną kawę niż najsłabszy alkohol. Ale zeszłoroczny ('20) Sylwester był pyszny z Piccolo i wyparowanym Martini podczas naszej świątecznej kwarantanny spod znaku domowych miękkich (!) pierniczków i

2022

W roku '21 marzeniem nr 1 była budowa domu.  Czekałam na nią jak dziecko, wypatrujące Świętego Mikołaja. Z nosem przyciśniętym do szyby, kontrolująca najświeższe prognozy pogodowe. Wbicie pierwszej łopaty szybko przerodziło się w murowanie, wybieranie koloru dachu i okien. Udało się to, co chcieliśmy osiągnąć i teraz pozostaje tylko zbierać siły (i kasę) na dalsze etapy budowy. Czekałam też na swoją zmianę kodu, na trójkę z przodu. Impreza była na tyle huczna, na ile pozwoliły na to covidowe czasy (sic, dalej nie wrzuciłam mojej relacji o miętowych balonach...). No i na wakacje czekałam, jak co roku. Rok zleciał niesamowicie szybko. Po prostu jak jedno mrugnięcie. Mam nadzieję, że i ten upłynie zdrowo, przyjemnie i szybko i kolejne Święta spędzę już nie w mieszkanku w centrum, a w domku pod lasem ;) Koniec tego roku świętuję oglądając jednym okiem "Homeland", drugim lustrując puzzle, kolorując i rysując, ciesząc się ciepłym sweterkiem z lumpeksu (z Bambim <3), pod czer

fortune faded

Cały tydzień miałam jedną motywację. Sobotni wyjazd na samotne zakupy ^^. Liczyłam, odliczałam, w czwartek szczerzyłam zęby, w piątek odtańczyłam taniec radości. W sobotę otworzyłam oczy, gdy tylko budzik wydzwonił 8.15, a drzemka wybrzmiała jak już myłam zęby po śniadaniu. Oznaczyłam ten incydent w kalendarzu. Dawniej zawsze jeździłam na zakupy sama. Bo tak najbardziej lubię. Rzadko się radzę koleżanek, rzadko chcę czyjejś opinii, zawsze biorę to, co chcę wziąć. Lubię połączyć wyjazd na shopping ze spotkaniem, ale najczęściej jednak nie lubię się dostosowywać, chcę spędzać w danym sklepie tyle czasu, ile chcę, nie chcę wchodzić tam, gdzie nie chcę. Nie chcę słyszeć "Po co to idziemy?" , "Jestem zmęczony", czy "Kiedy wracamy?". Po prostu - sama robię to, to mi najbardziej odpowiada. Parę lat temu uderzałam na Rzeszów co parę tygodni, a kupowałam zawsze tyle rzeczy, że musiałam robić kursy na parking, żeby swobodnie poruszać się między sklepami (choć fakt,

kiedy piątek połyka środę

Nigdy nie narzekam na nudę i na powolny upływ czasu. Nigdy. Ale skoro do pracy wróciłam nie po dwóch, a po trzech długich tygodniach, listopad to było tylko jedno dłuższe mrugnięcie. Początkowo oczywiście bałam się, że węch mi nie wróci (wrócił po półtora dnia szczątkowy, potem było coraz lepiej, choć pewne słabsze zapachy, np. maskę kokosową do włosów poczułam dopiero niedawno), że już zawsze będę taka słaba... Ale nie. W maratonie bym jeszcze nie pobiegła, może załóżmy, że w ogóle bym nie pobiegła, ale matę zdążyłam już wytargać z szafy, ku uciesze kota, który kocha na niej spać, spacerki też wróciły do menu. No, ale najbardziej cieszy możliwość wychodzenia z domu, samodzielne załatwienie spraw i zakupów (bez marudzenia pod drzwiami "ale awokado", "ale biblioteka") i to, że piątek połyka środę, co zawsze dobrze mi robi. Nie powiem, że długie spanie, oglądanie seriali i rysowanie jest takie straszne, ale bezcelowość na co dzień potrafi zabić największy entuzjazm. C

mokre chusteczki

Listopad zdecydowanie przejdzie do historii jako miesiąc, którego połowę spędziłam w domu. Najpierw był Halloween i moje spontaniczne spotkanie z koleżanką, które objęło długi słoneczny spacer, flat white na Orlenie, herbatę i pogaduchy w kawiarni, a potem wieczornym (zimny) spacer i siedzenie do wieczora w pizzerii.  Nie było żadnych żelek duszków ani przebieranek. Imprezy, kota w prześcieradle, sztucznych pająków w firance, ble. Za to w nocy była gorączka i wielkie zdziwienie "Ojej, a cóż to się (znowu) stało?".  Niedzielę też spędziłam w łóżku z termometrem w zębach, ciesząc się, że w poniedziałek Święto, a więc długi weekend - w sam raz na kurację.  Potem podniosłam się dumnie z poduszki i salutując, powiedziałam mężowi, że pójdę do pracy nawet z gorączką. Zgasił mnie słowem i wetknięciem mi apapu w usta. I tak do pracy nie poszłam, poszłam z kolei do lekarza, gdzie chyba z wrażenia przestałam gorączkować, ale ogólnie prezentowałam się jak g***o, więc doktor kazał mi sied

październik

Wszyscy się ze mnie śmiali, kiedy w sierpniu mówiłam, że tylko 4 miesiące do Świąt. A przecież od 8. z kolei miesiąca, do 12. jest ich właśnie cztery, więc nie rozumiem zdziwienia. No, a linia między upałami, a rozstawianiem po domu dyni i światełek też jest bardzo cienka, co w moim przypadku widać bardzo mocno. Dziś, jadąc z mężem po zniczowe zakupy, zauważyłam trzeźwo, że dużo ludzi nosi czapki, że rano był przymrozek i że w ogóle nastało mroźne powietrze, na co on skwitował z kwaśną miną, że czapkowicze dołączyli do mojego klubu, który zapoczątkowałam w sierpniu. (haha, pudło, czapkę noszę od września). Teraz, w październiku, już więcej osób zauważa bliskość grudnia, mało tego - niektóre sklepy mają już w swojej ofercie dekoracje i ozdoby na choinkę, co sprawdziłam dokładnie, odwiedzając z mamą i siostrą krośnieński Action. I tak - kupiłam już jedną ozdobę na święta ^^. Październik to też żółte liście za oknem, powrót do seriali na Netflixie (bo wcale nie tłukłam przez wakacje Harre